Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 13 sierpnia 2025

2244. Nieznane oblicza Jasnej Góry

Sierpień to miesiąc pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. I ja podążam w takiej. Właściwie jest to jedna z dwóch, w której w tym roku biorę udział. Zanim jednak podzielę się z Wami wrażeniami z niej, to zapraszam do przeczytania kilku ciekawostek na temat miejsca, gdzie od lat zmierzają pątnicy z różnych stron naszego kraju.
Nieznane oblicza Jasnej Góry
Zastanawialiście się kiedyś, skąd się wzięła nazwa Jasnej Góry? Jak łatwo zauważyć, klasztor znajduje się na niewielkim wzgórzu, które jest "jasne" ze względu na białe ostańce wapienne, charakterystyczne dla całej Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, budujące wzniesienie. Dzięki skałom wapiennym i złożom gliny i żwiru było to doskonałe miejsce na twierdzę.
  1. Jasna Góra: twierdza - turyści odwiedzający Jasną Górę od razu zauważają, że nie jest to zwyczajny klasztor: grube mury, wały obronne, kule armatnie na ścianie wejścia głównego do bazyliki, a także hełmy i kolczugi, które można podziwiać w muzeach jasnogórskich - to pozostałości wojennej historii tego miejsca. Jasną Górę często nazywa się Fortalitium Marianum, czyli twierdzą maryjną. Początki klasztoru sięgają 1382 roku. Z kolei początek wojskowej twierdzy to XVII wiek, kiedy król Zygmunt III Waza nakazał wybudować wokół klasztoru warownię. Prace fortyfikacyjne trwały dosyć długo, bo 30 lat. Ich efektem była nowoczesna twierdza, zbudowana na podstawie włoskiej szkoły fortyfikacyjnej. Klasztor spokojnych, pobożnych mnichów  stał się "czworoboczną warownią forteczną". Uchwałą sejmową zakonnicy zostali zobowiązani do utrzymywania na stałe załogi wojskowej. Zaszczytną funkcję komendanta każdorazowo powierzana była przeorowi zakonu. W klasztorze mieszkało 150 uzbrojonych w muszkiety żołnierzy. Znajdowało się tam również 18 dział lekkich i 12 dział polowych. W krajobraz budowli sakralnej wkomponowano bastiony, tj. budowlę ochronną na narożnikach twierdzy, kurtyny tj. obronne wały ziemne i fosę ze zwodzonym mostem. Takiej budowli mógł pozazdrościć niejeden dowódca wojsk cudzoziemskich.
  2. Jasna Góra: miejsce bitew - niewątpliwie jasnogórska twierdza kojarzy się głównie ze słynnym "potopem szwedzkim". Niewielu z nas wie jednak, że miejsce to przeżyło wiele innych oblężeń i bitew. Pierwszym takim testem była I Wojna Północna. Twierdza wyszła z niej obronną ręką. Prawdziwy sprawdzian przyszedł jednak później, w czasie II Wojny Północnej w 1655 r., znanej pod nazwą "potop szwedzki". Oblężenie Jasnej Góry trwało od listopada do grudnia. Ciekawostką jest to, że wśród żołnierzy oblegających twierdzę prawie nie było Szwedów. W niektórych książkach można znaleźć błędną informację, że generał Burchard Muller, dowódca wojsk szwedzkich, był rodowitym Szwedem. Tymczasem był on Niemcem, podobnie jak inni mniejsi dowódcy (np. Beddecker, Engell). Jasna Góra atakowana była też przez Czechów i zdrajców z Polski. Poza bitwami toczono też dyplomatyczną potyczkę, której bohaterami byli dowódcy dwóch znienawidzonych wojsk: o Kordecki i gen. Muller. Ten drugi wysyłał nawet listy do obrońców Jasnej Góry, namawiając ich w nich do poddania się, gwarantując przy tym dobre ich traktowanie. Jako odpowiedź Kordecki wysłał mu księgę z historią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Zresztą, jak pisze Czesław Ryszka w książce "Przeor Kordecki", takich kpin było więcej. Muller powoływał się na list króla Szwecji, Karola Gustawa, w którym padł rozkaz poddania się Częstochowy. W odpowiedzi przeor napisał: "Widzieliśmy rozporządzenie Majestatu Królewskiego, lecz ponieważ klasztor nasz wraz z kościołem z dawien dawna inną posiada nazwę i nazywa się Jasna Góra, a miasto Częstochowa pod żadnym względem nie należy do klasztoru, rozporządzenie wspomniane wielką obudziło w nas wątpliwość".
  3. Jasna Góra: więzienie - Jasną Góra niekiedy wykorzystywana była jako więzienie. Po rokoszu Lubomirskiego w 1665 r., król Jan II Kazimierz Waza rozkazał zamknąć za karę w klasztornej wieży rotmistrza Gierszewicza. Była to kara za nieudzielenie przez paulinów schronienia wojskom królewskim, kiedy pod murami Jasnej Góry toczyła się bitwa. Najsłynniejszym więźniem Jasnej Góry był Jakub Lejbowicz Frank (1726 - 1791), twórca osiemnastowiecznej, kontrowersyjnej sekty łączącej doktrynę judaizmu z chrześcijaństwem. Będący Żydem Frank był początkowo jako zwolennikiem sabataizmu, sekty mesjanistycznej, nawołującej do odrzucenia praktyk żydowskich. Z czasem powoli zaczął tworzyć podwaliny pod własną doktrynę. Jego poglądy były kontrowersyjne, nawet kilkukrotnie ogłaszał się mesjaszem, miał też uczestniczyć w tajemniczych orgiach seksualnych, będących swoistymi religijnymi ceremoniami. Za takie poglądy skazano go na więzienie. Najpierw przebywał w krakowskim klasztorze kamedułów, potem trafił na Jasną Górę, gdzie był więziony przez 13 lat. Wbrew pozorom jego pobyt tam nie należał do surowych - mógł przyjmować gości, odwiedzała go żona, która nawet na terenie klasztoru zaszła z nim w ciążę. Jak można przeczytać we wspomnieniach członków sekty, na Jasnej Górze dochodziło też do rytualnych orgii seksualnych.
  4. Jasna Góra: dom weselny - Klasztor na Jasnej Górze był niezwykle popularny wśród monarchów oraz arystokracji. Niemal wszyscy królowie przybywali przed oblicze Czarnej Madonny. Wyjątek stanowił ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski. Nie tylko nigdy nie odwiedził narodowego sanktuarium, ale wręcz pożyczył od zakonników pieniądze, których nigdy nie zwrócił. Najchętniej Częstochowę odwiedzał Jan III Sobieski. Ponieważ królowie często przybywali do Częstochowy, w klasztorze zbudowano specjalną rezydencję przeznaczoną wyłącznie dla króla i królowej. Ceremonie mające państwowy charakter odbywały się w Sali Rycerskiej wybudowanej niedaleko Kaplicy Cudownego Obrazu. W 1658 roku obradował tam sam Sejm. Z kolei niewątpliwie niecodzienną uroczystością odbywającą się w klasztorze był ślub Michała Korybuta Wiśniowieckiego z austriacką księżniczką Eleonorą Marią z rodu Habsburgów. Był to jedyny królewski ślub w tym miejscu. Po uroczystości przyszedł czas na obiad w zakonnym refektarzu. Na stole podano 300 bażantów, 5 tys. kuropatw, 6 tys. indyków, 400 wołów, 4 tys. baranów, 3 tys. cieląt, 2 tys. zajęcy i 5 łosi. Mimo, że był to klasztor, to nie obyło się bez tańców. Pierwszy taniec był dostojny, na początku tańczył król, a "za nim co osobliwsza podług dawnego zwyczaju szli senatorowie parami (...). Drugi raz, dopiero kiedy król wziął arcyksiężniczkę, senatorowie zaczęli tańcować z damami".
  5. Jasna Góra: cmentarz - współczesna Jasna Góra nie jest już budowlą wojskową. Kasacja twierdzy nastąpiła w XIX wieku. Od tego czasu w klasztorze nie stacjonują już żołnierze, a sam budynek spełnia już funkcje religijno-turystyczne. Każdego roku Jasną Górę odwiedza kilka milionów osób z całego świata. Najpopularniejszymi miejscami na obiekcie są: kaplica Matki Bożej, bazylika, wysoka na ponad 100 metrów wieża, dawne wały obronne z armatami, muzea i malownicze parki z obserwatorium astronomicznym i zdrojami wodnymi. Jasna Góra to miasto w mieście. Wraz z przylegającymi doń budynkami zajmuje obszar 5 hektarów. Sam klasztor dalej posiada swoje nieodkryte tajemnice. W 2008 roku w archiwach bibliotecznych odnaleziono nieznane zapiski z nutami Wolfganga Amadeusza Mozarta. Rok później odkryto tajemniczą kryptę z rzadko spotykanymi w Polsce tzw. dłubakami, czyli trumnami wydłubanymi w pniu drzewa. Niewielu pielgrzymów spacerujących po kaplicy Cudownego Obrazu też wie, że tuż pod posadzką znajduje się krypta ze szczątkami zakonników. Krypta rzadko jest udostępniana zwiedzającym. Niektóre prochy mnichów wsypane są do dużych, glinianych dzbanów.

źródło: https://www.onet.pl/turystyka/onetpodroze/jasna-gora-ciekawe-historie-o-klasztorze-twierdzy-wiezieniu-i-cmentarzu/29jj9n9,07640b54

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

2243. I pan Rysiu też?

Coś mnie tchnęło i po powrocie z Rzymu zajrzałam na stronę Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach, mojej pierwszej szkoły wyższej, w której zdobywałam wykształcenie. Nawet nie potrafię wytłumaczyć co to było, jakieś niedające się ująć w słowa uczucie. Przeglądałam aktualności i znalazłam tą, która spowodowała, że serce na moment mi stanęło, a za chwilę zaczęło na nowo bić ze zdwojoną siłą. Mój wzrok padł bowiem na wiadomość o śmierci jednego z moich ulubionych wykładowców, którego niezwykle ceniłam i szanowałam nie ze względu na posiadany przezeń tytuł (nota bene był zaledwie magistrem), ale wiedzę praktyczną, empatię, zrozumienie. Był takim dobrym duchem w trudnych chwilach. A jeżeli trzeba było, to o nas, niepełnosprawnych, walczył niczym lew.
Na moim kierunku nauczał przedmiotów związanych z funkcjonowaniem instytucji nakierowanych na osoby niepełnosprawne. Ileż było na nich dyskusji przeplatanych szczerym śmiechem. Sam przez lata pracował w ośrodkach i stowarzyszeniach nastawionych na pomoc i naukę osób dotkniętych niepełnosprawnością, zwłaszcza tych z ubytkiem słuchu. Dlatego też na uczelni pełnił funkcję tłumacza języka migowego, wspomagając tym samym głuchych studentów. Taki dobry duch, którego nie dało się nie lubić.
Ech, dobry, poczciwy Rysio...

Wieczne odpoczywanie...

sobota, 9 sierpnia 2025

2242. Czytając wspomnienia powstańców warszawskich po prostu czuję wzruszenie

Podczas mojego pobytu na Jubileuszu Młodych przypadła 81. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Zresztą podobnie było w czasie mojego pobytu w Lizbonie w ramach Światowych Dni Młodzieży dwa lata temu. Postanowiłam ją uczcić w dosyć typowy dla mnie sposób - poprzez przeczytanie tematycznej książki. Tym razem byli to "Powstanie Warszawskie. Rozpoznani. Prawdziwe historie ludzi z powstańczych kronik z 1944 roku" Izabeli Michalewicz i Macieja Piwowarczuka, które na zmianę z "Wyznaniami" św. Augustyna stały się moją lekturą na ten czas. Taka anegdotka - mój główny bagaż ważył 9 kg, z czego 1 kg to musiały być książki. Ale co ja na to poradzę, że lubię je czytać?
Na Jubileuszu działo się dużo. Pozorna wolność kusiła do zrobienia sobie wakacji od pewnych rzeczy - i duchowych, i dla rozwoju. A jednak wśród młodzieńczej młodości znalazłam, z trudem bo z trudem, czas na to, co w jakimś stopniu mnie umacnia i buduje wewnętrznie. Każdego dnia starałam się więc znaleźć kilkanaście minut na przeczytanie i kawałka Augustyna, i kawałka "Rozpoznanych". I wiecie co? Chyba mi się to udało, chociaż wymagało to ode mnie niemałego wysiłku.
Nie będę Was przekonywała do czytania "Wyznań" św. Augustyna, bo to dosyć specyficzna lektura. Nawet mnie trudno było zrozumieć niektóre fragmenty jego tekstu. A to doskonały dowód na to, jak mało wiem na temat wiary. Za to "Rozpoznanych" mogę polecić z czystym sercem. Ciekawa, pełna ciepła i niesamowitych opowieści książka, która nie tylko uczy, ale i wzrusza. Taka do odpoczynku, do spojrzenia na koszmar powstania warszawskiego z innej strony.
Tytuł: "Powstanie Warszawskie. Rozpoznani. Prawdziwe historie ludzi z powstańczych kronik z 1944 roku"
Autor: Izabela Michalewicz, Maciej Piwowarczuk
Wydawnictwo: Biblioteka Gazety Wyborczej
Warszawa 2014
Liczba stron: 248

W czasie Powstania Warszawskiego, pomimo toczących się ciężkich walk, znajdowali się ludzie, którzy dokumentowali wszystko za pomocą prężnie rozwijającej się w tamtych czasach filmografii. To dzięki nim możemy sobie wyobrazić jak wyglądało życie w ówczesnych czasach. Wiele ujęć nie było jednak opisanych, a przez to nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę się na nich znajduje.
Autorzy publikacji zadali sobie trud i przez całe miesiące szukali odpowiedzi na pytania, kim tak właściwie są ci wszyscy anonimowi ludzie na licznych klatkach filmowych obrazujących te 63 dni powstańczych walk. Szukali po archiwach prywatnych i państwowych, po prywatnych ludziach. Ich wysiłek dążenia do osiągnięcia zamierzonego celu przyniósł spodziewane owoce - udało się nie tylko zidentyfikować bardzo wiele powstańców z czarno-białych fotografii, ale i zrekonstruować ich losy. Stworzyło to materiał na kolejną publikację dotyczącą Powstania Warszawskiego, która pojawiła się na polskim rynku. Dzięki temu czytelnik poznaje życiorysy takich powstańców warszawskich, jak: Stanisław Firchał, Bill i Lili Biegowie, Wanda Traczyk-Stawska, Wojciech Luterek, Zygfryda Otwinowska, Aleksander Zubek, Witold Kieżun, Kazimierz Mikos oraz operatorów kamer.
Czy warto przeczytać przywoływaną przeze mnie książkę? Myślę, że tak. Dla wielu z nas Powstanie Warszawskie jest równoznaczne z zagładą i klęską. I tego nie kwestionuję. Ale gdzieś obok walk i świstu kul toczyło się życie. Ktoś się śmiał, zakochiwał, komuś rodziły się dzieci, a ktoś inny kłócił się z współmałżonkiem. Po 63 dniach walki trzeba też było wrócić do normalnego życia na tyle, na ile to było możliwe. Bohaterom tej książki, o ile nie polegli w walkach zazwyczaj to się udawało. I chociażby po to warto jest po nią sięgnąć.

czwartek, 7 sierpnia 2025

2241. Od Rzymu do Rzymu - jak historia zatoczyła koło

Pielgrzymi nadziei z ziemi polskiej do włoskiej
Idea Światowych Dni Młodzieży wyszła z Rzymu. Po 25 latach (spotkanie młodych w jubileuszowym 2000 roku również odbyło się w Wiecznym Mieście) spotkanie ponownie wróciło do swojej kolebki. Tak właściwie nie były to faktycznie Światowy Dzień Młodzieży w tej formie, w której je znamy, a Jubileusz Młodych w ramach Nadzwyczajnego Jubileuszu Roku 2025, ustanowionego jeszcze przez św. pamięci papieża Franciszka. Niestety, nie dane mu było uczestniczyć w wydarzeniach odbywających się od 28 lipca do 3 sierpnia 2025 roku, papież zmarł w poniedziałek wielkanocny, będąc jednym z pielgrzymów nadziei.

Jubileuszowi Młodych towarzyszyło ogólne logo Jubileuszu Roku 2025. Przedstawia ono cztery postacie nawiązujące do ludzkości pochodzącej z czterech różnych zakątków świata. Obejmują się wzajemnie, aby w ten sposób ukazać swoją solidarność i braterstwo jednoczące narody. Stojąca na przodzie postać przylega do krzyża. Jej postawa jest znakiem nie tylko wiary, ale i nadziei, której nigdy nie można stracić, ponieważ potrzebujemy jej zawsze, a zwłaszcza w najtrudniejszych momentach. Warto przyjrzeć się falom i sile, która je wywołuje, by zauważyć, że pielgrzymka naszego życia nie zawsze odbywa się po spokojnych wodach. Często osobiste przeżycia oraz różne wydarzenia jeszcze bardziej wzywają nas do nadziei. Dlatego należy zwrócić uwagę na dolną część krzyża, swoim kształtem przypominającą kotwicę. Stabilizuje ona łódź podczas wysokiej fali. Warto tutaj przypomnieć, że kotwica jest metaforą nadziei, a w rzeczywistości jest to nazwa nadawana w żargonie morskim dryfkotwie, używanej przez łodzie do wykonywania manewrów awaryjnych w celu ustabilizowania statku w czasie sztormu. Krzyż nie jest statyczny, a dynamiczny, pochylony ku ludzkości, jakby zmierzał w jej stronę, nie zostawiając jej samej, bez pomocy, lecz zapewniając o swojej obecności i dając poczucie bezpieczeństwa płynącego z nadziei. Kolorem zielonym zaznaczono motto Jubileuszu Roku 2025 - Peregrinantes in Spem (Pielgrzymi nadziei).
Aby dostać się na wolontariat podczas Jubileuszu, trzeba było załatwić list polecający od proboszcza. Teoretycznie, bo finalnie okazało się, że równie dobrze mógł to być chociażby kierownik naszego Krajowego Biura Organizacyjnego. Ale tego nie wiedziałam. A że z proboszczem niezbyt się lubimy, to nawet nie próbowałam go zdobyć. Za to ucieszyłam się, kiedy KBO ogłosiło nabór na wolontariuszy do polskiej strefy, tzw. Casa Polonia. Wysłałam zgłoszenie, a po jakimś czasie otrzymałam pozytywną odpowiedź zwrotną. Byłam szczęśliwa, osiągnęłam niejako mój cel.
Jubileusz Młodych był o tyle specyficznym wydarzeniem, że jego centralne obchody zaplanowano na wtorek, sobotę i niedzielę. W międzyczasie pielgrzymi nadziei mieli sami zagospodarować sobie czas. Na Polaków, ale nie tylko, od środy do soboty, czekała szeroka oferta duchowa i kulturalna zorganizowana we wspomnianej Casa Polonia. Codzienne popołudniowe Msze święte oraz koncerty i wieczór uwielbienia przyciągnęły tłumy uczestników. Na szczęście wszyscy bez problemu pomieścili się na dziedzińcu Instytutu Salezjańskiego. Pamiętaliśmy też o rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i uczciliśmy je minutą ciszy. W nocy, już w naszym własnym gronie, zorganizowaliśmy nasz własny "Koncert niezakazanych piosenek". Dobrze, że dostaliśmy obiekt na własność, przynajmniej nikt nas nie przeganiał. Jedyny minus to lokalizacja, ale nie można mieć w życiu wszystkiego.
Wolontariusze Krajowego Biura Organizacyjnego Światowych Dni Młodzieży z kapłanami i biskupami
We wtorkowe popołudnia w murach Watykanu odprawiono uroczystą Mszę świętą inaugurującą Jubileusz Młodych. Przewodniczył jej arcybiskup Rzymu, Rino Fisichella. Wielkim zaskoczeniem okazało się nie tylko pojawienie się po niej papieża Leona, ale wręcz to, że przejechał on swoim papamobile między zgromadzonymi wiernymi. I to nie tylko w murach Watykanu, ale też poza jego obrębem.
Sobotnie i niedzielne wydarzenia usytuowane były na dużym polu położonym na obrzeżach Rzymu, nazwany Tor Vergata. Co ciekawe, to samo miejsce stało się miejscem spotkania młodych z papieżem Janem Pawłem II w 2000 roku. Niektórzy uczestnicy doskonale go pamiętali. Teraz pisała się nowa historia. Aby dojść na miejsce, trzeba było od odpowiedniej stacji metra przejść kilka kilometrów. Plus dla organizatorów był taki, że dla niepełnosprawnych zorganizowany był transport. Ale też sektor, do którego finalnie trafiłam z kolegą w niedzielę. Ołtarz i papież na wyciągnięcie ręki. Jak ja żałowałam, że nie miałam tego przeklętego aparatu fotograficznego... Taka okazja... No trudno. Na razie, w sobotę, trafiliśmy do naszego docelowego sektoru VIP (w niedzielę usytuowani tam byli księża) i czekaliśmy nie tylko na papieża, ale i resztę grupy. Oczekiwanie to umilał nam przygotowany program artystyczny. Było dużo muzyki, tańca, uśmiechniętych twarzy. Około godziny 17:00 dołączyła reszta naszej grupy wolontariuszy i wspólnie czekaliśmy na przyjazd papieża.
Około godziny 19:00 zamknięto bramki, a na niebie pojawił się papieski helikopter. Po chwili główny gospodarz wydarzenia zamienił helikopter na papamobile i objechał wszystkie sektory wypełnione wiernymi. Na ostatniej prostej Leon wysiadł ze swojego pojazdu i wraz z przedstawicielami młodzieży przeszedł do ołtarza dzierżąc krzyż w swoich dłoniach. Wzruszająca chwila, zwłaszcza kiedy ma się świadomość, że głowa Kościoła Katolickiego jest na wyciągnięcie ręki.
Całe czuwanie z zapartym tchem oglądałam na ustawionym przy ołtarzu telebimie. Miało ono charakter dialogu przedstawicieli młodzieży z papieżem. Młodzi zadawali pytania, a papież cierpliwie na nie odpowiadał. Mówił o rozsądnym korzystaniu z portali społecznościowych, że nie chodzi o wybór czegoś, a Kogoś. Porównywał marzenia do wchodzenia na stołeczek i wyglądania przez okno. Dawał też recepty na dobre, szczęśliwe i prawe życie. Po tym dialogu został odczytany fragment Ewangelii św. Łukasza opowiadający o spotkaniu uczniów zmierzających do Emaus ze zmartwychwstałym Jezusem. Ostatnim punktem czuwania była adoracja Najświętszego Sakramentu. Niezwykła chwila, kiedy ok. milion ludzi trwa w ciszy na modlitwie.
Po skończonym nabożeństwie, podobnie jak w przypadku Światowych Dni Młodzieży, czekał nas nocleg pod gołym niebem. Można było wrócić na kwatery, ale wtedy ryzykowało się to, że nie zdąży się na niedzielną Mszę świętą. W nocy, ku zaskoczeniu wielu osób, trochę padało, przerywając sen, w który udało im się zapaść. Osobiście obawiałam się, że rozpada się na dobre. Na szczęście tak tylko postraszyło.
Ranek 3 sierpnia powitał wszystkich rześkim powietrzem. Wszyscy skoro świt zmierzali do sektorów. Na godzinę 9:00 zaplanowana była Msza święta, dlatego już około 8:00 zamykano bramki do nich. Papież Leon przybył na Tor Vergatę około 8:30, po czym wsiadł do papamobile, aby podobnie jak dzień wcześniej, przejechać pomiędzy sektorami i pozdrowić zgromadzonych w nich wiernych.
W homilii skierowanej do zgromadzonego tłumu papież nie tylko nawiązał do usłyszanej Liturgii Słowa, ale też dał nam pewną wskazówkę: "We wszystkim tym możecie dostrzec ważną odpowiedź: pełnia naszego życia nie zależy od tego, co gromadzimy, ani – jak słyszeliśmy w Ewangelii – od tego, co posiadamy. Jest ona raczej związana z tym co z radością potrafimy przyjąć i dzielić z innymi. Kupowanie, gromadzenie, konsumpcja nie wystarczą. Musimy wznieść oczy, spojrzeć w górę, na >>to, co w górze<<, aby uświadomić sobie, że wszystko – pośród rzeczywistości świata – ma sens o tyle, o ile służy jednoczeniu nas z Bogiem i z braćmi w miłości, rozwijając w nas >>serdeczne współczucie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość<<, przebaczenie, pokój, na wzór Chrystusa. W tej perspektywie będziemy coraz lepiej rozumieć, co oznacza, że >>nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany<<”. I przypomniał, że tą nadzieją nie może być nikt inny niż Jezus. Jako przykłady osób, które pokazywały nam w jaki sposób trwać z nim w przyjaźni podał dwóch młodych przyszłych świętych - Carla Acutisa i Pier Giorgia Frassatiego.
Na zakończenie Mszy Posłania papież Leon XIV podał termin kolejnych Światowych Dni Młodzieży, które jak wiemy od dwóch lat, odbędą się w Seulu. To 3-8 sierpnia 2027 roku. Nawet nie wiecie jaki entuzjazm wybuchnął wśród Koreańczyków, ale myślę że w sercu każdego, kto wybiera się na spotkanie. A na sam samiutki koniec odmówiliśmy wspólnie modlitwę "Anioł Pański". To nic, że było dopiero po 10:00. Myślę, że i tak się liczy.
Od pierwszych Światowych Dni Młodzieży minęło 40 lat. Kawał czasu. Osoby biorące w nim udział są już w sile wieku. Pomimo upływu lat inicjatywa w dalszym ciągu funkcjonuje. Cieszy to, że kolejni papieże kontynuują te spotkania, nawet jeżeli mają inny pomysł na swój pontyfikat. To już czwarty Ojciec Święty, który spotkał się z młodymi z całego świata w ramach wydarzenia.
Kiedy ludzie pytają mnie, czy pojadę do Seulu, szczerze odpowiadam, że nie wiem. Nie jestem w stanie przewidzieć tego, co będzie za rok, dwa. W ostatnim czasie planuję z mniejszym wyprzedzeniem. Ale wiem, że będzie na nim urzędujący papież. I rzesze młodych ludzi, których serca biją w jednym rytmie. A dla przypomnienia poprzednich spotkań papieży z młodymi odsyłam do interesującego Was miejsca:
1. Światowe Dni Młodzieży - Rzym
Jubileusz Młodych nie miał swojego oficjalnego hymnu. Zostawiam Was jednak z piosenką, którą usłyszałam w czasie jednego z koncertów na Casa Polonia, a która wydaje mi się adekwatna do motta spotkania.

środa, 6 sierpnia 2025

2240. Jedenastoletnia wędrówka "po ścieżkach codzienności"

Tydzień spędzony w Rzymie na Jubileuszu Młodych, nieco wytrącił mnie z codzienności i sprawił, że straciłam rachubę czasu. A tu w tym czasie minęła 11-sta rocznica istnienia bloga, na którym dzielę się z Wami właściwie tym, czym żyję. Co jest dla mnie ważne i istotne. Co cieszy, ale i smuci. Bloga, na którym wspólnie przemierzamy kręte ścieżki mojej codzienności.
Był koniec lipca 2014 roku, kiedy zamieściłam pierwszą notatkę, w której niepewnie się przedstawiłam. I tak to się zaczęło. Chociaż nie był to mój pierwszy blog, to jednak miałam obawy, jak się przyjmie i czy znajdą się osoby, które zechcą go czytać, a tym bardziej - komentować. Dzisiaj wiem, że te obawy były zbyteczne, a grono czytelników i komentatorów nie tylko przerosło moje najśmielsze oczekiwania, ale czasami wręcz onieśmiela moją osobę. Co nie oznacza, że mnie to wszystko nie cieszy, bo cieszy, i to bardzo. Tym bardziej, że mam wrażenie, że z roku na rok jest Was coraz więcej.
Wiem, że moje notatki bywają niedoskonałe, a nawet irytujące. Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Zresztą, gdybym była idealna, to nie miałabym czego doskonalić, czego naprawiać, czego szlifować, czego zmieniać. Nie, ideały są nie dla mnie. Nie ukrywam też, że często są pisane w emocjach tak silnych, że ciało nie tylko odmawia posłuszeństwa, ale wręcz boli mnie każdy mięsień. Często kończę pisać notkę zmęczona, ale zadowolona. Bo dosłownie czuję, że w każdej z nich zostawiam cząstkę siebie.
Tak sobie czasami czytam wpisy sprzed lat, analizuję moje zachowanie w tamtym momencie, zastanawiam się, w jaki sposób postąpiłabym teraz w takiej samej sytuacji. Widzę, ile zadziało się w moim życiu i tego dobrego, i tego złego. Cieszę się, że to zapisywałam. Dziś wiem, że jestem silna, mimo postury, mimo licznych upadków, tych dosłownych i w przenośni. Że każdy taki upadek mnie wzmocnił, a wiara, która jest jednym z moich fundamentów, naprawdę dodaje mi sił w każdym dniu, nawet kiedy brakuje tych fizycznych.
I naprawdę dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna. Za Waszą obecność. Za każdy komentarz (a jest ich ponad 23 tysiące). Za rady, zazwyczaj dobre rady. Za wyrozumiałość. Za wsparcie. Jak sobie pomyślę ile wirtualnych znajomych zyskałam przez te lata to łezka mi się w oku kręci. Mam też w pamięci i w sercu te osoby, które kiedyś tutaj zaglądały, a teraz przestały. Tych zmarłych polecam w swoich modlitwach, o tych, co do których los nie jest mi znany, po prostu ciepło myślę, życząc im tego, co najlepsze. Dziękuję Wam też za kulturę na tym blogu, za to, że naprawdę mało było tak obraźliwych komentarzy, które musiałam usunąć, bo aż przykro było je czytać. I za to, że jest tu tak mało hejtu (właściwie to zaledwie ułamek procenta), a tak dużo ludzkiej życzliwości i solidarności. Za to, że jakoś się rozumiemy, pomimo odmiennych zdań na pewne tematy.
Mam też nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz, że w dalszym ciągu będziemy trzymać tak piękną dyscyplinę jak dotąd. Zarazem przepraszam za to, co było nie tak, za przejawy mojej pychy, za wywyższanie się. Jestem tylko człowiekiem z ludzkimi wadami, z którymi staram się bezskutecznie walczyć...
A na koniec zapraszam na wirtualny tort i szampana. Częstujcie się śmiało.