Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

niedziela, 16 listopada 2014

Skleroza nie boli, tylko trzeba się nachodzić

Oj, poznałam dzisiaj sens tego porzekadła jak nigdy. Miałam dzisiaj kolejne zajęcia w Szkole Policealnej Żak, co wiąże się z zabraniem ze sobą laptopa w celu zrobienia sobie notatek. Teoretycznie mogłabym je zrobić ręcznie, ale na pewno nie zdążyłabym nic napisać, a to co bym napisała, pewnie nie zostałoby przeze mnie rozszyfrowane. No i pewnie nie wytrzymałabym z bólem napiętych mięśni w lewym nadgarstku. Nie tak łatwo zapomnieć czasy podstawówki i gimnazjum, kiedy musiałam polegać na tym sposobie notowania. Czasy się zmieniły - Lolek jest w posiadaniu laptopa, z którego korzysta nom stop. Mój przyjaciel ma już swoje lata, służy mi wszak od pierwszej klasy liceum, ale jeszcze nigdy się na nim nie zawiodłam. Do plecaka spakowałam go dzisiaj rano, bardziej z lenistwa, niż innych powódek. Zasunęłam zamek, zarzuciłam plecak na plecy i o 7:00 ruszyłam w drogę. Dzisiaj zajęcia odbywało się w centrum szkoleniowym znajdującym się na drodze, którą przeszłam setki razy chodząc do podstawówki oraz gimnazjum. Kawałek to było, może z dwa kilometry, ale ja wolałam chodzić na nogach, niż jeździć komunikacją miejską. Znowu powspominałam sobie stare, dobre czasy. Niestety, adres siedziby nic mi nie mówił, zresztą nie tylko mnie, ale i mieszkańcom tych okolic, na szczęście szła też koleżanka z grupy, więc nie było najgorzej. Tym bardziej, że wymieniłyśmy między sobą kilka zdań. K. nie miała kłopotów ze zrozumieniem mojej mowy, więc znowu nabrałam pewności siebie. W sali rozpakowałam komputer i okazało się, że nie wzięłam ze sobą kabla zasilającego. No to klops, bo bateria starcza mi góra na dwie godziny, a w szkole siedziałam dzisiaj do 18. Jednak już po pierwszym bloku lekcyjnym zwolniłam się u nauczycielki i udałam się do domu. Ku mojemu zaskoczeniu nie było z tym żadnych kłopotów. Ma się ten dar przekonywania hi, hi, hi! Do domu gnałam jak szalona, chcąc jak najmniej stracić czasu. Na szczęście pamięta się jeszcze kilka skrótów w parku. Zaraz po wejściu do domu rzucił się na mnie mój sierściuch. Ha, stęskniła się gadzina za panią, choć od jej wyjścia minęły zaledwie trzy godziny. Podrapałam Pusię za uszkiem i weszłam do pokoju. Zgodnie z moimi oczekiwaniami kabel był podpięty do gniazdka. Wyciągnęłam wtyczkę, wrzuciłam zasilacz do plecaka i robiąc kociakowi pa-pa wyszłam z mieszkania. Na zajęcia wróciłam po niecałej godzinie. Dużo to i mało. Jednak pośpiech czułam wieczorem w łydkach. Gorący prysznic zniwelował jednak nieprzyjemne uczucie. Cieszę się jednak z jeszcze jednej rzeczy, zupełnie prozaicznej - biegnąc udało mi się nie zaliczyć spotkania trzeciego stopnia z ziemią, co w moim przypadku jest normalną sprawą. No cóż, porażenia mózgowego nie da się całkowicie wyleczyć, ale można z nim żyć w zgodzie i harmonii. A na przyszłość postaram się bardziej zwracać uwagę na to, co chowam do plecaka. Bo ucząc się na miejscu mogłam jeszcze wrócić się po kabel, ale gdyby taka sytuacja przydarzyła mi się w Krakowie, to ciężko by było zdobyć zasilacz...

1 komentarz:

  1. Nie ma to jak wracanie się po pierdoły do mieszkania. Ja ostatnio zapomniałam książki do fizyki, na szczęście moja koleżanka z ławki ją miała i chętnie się nią podzieliła. Pozdrawiam i życzę jak najmniej zapominalstwa

    OdpowiedzUsuń