Przyjechała do mnie dzisiaj rodzina od strony taty. Chciała po prostu mnie odwiedzić. Kiedy ostatni raz tutaj byli? Chyba jeszcze w czasach, kiedy mieszkałam z rodzicami. Czyli minimum 5 lat temu. Co prawda widzieliśmy się jeszcze w 2015 roku, a z ciotką D. jeszcze częściej, wszak nie raz nocowałam u niej podczas studiów w Krakowie, ale to i tak szmat czasu.
Szczerze powiedziawszy nawet nie spodziewałam się ich wizyty, a na pewno nie teraz. Mieszkają w górach, bądź w Wadowicach, to nie jest takie hop siup wyrwać się chociażby na jeden dzień tutaj do Zagłębia. Co prawda teraz i tak mają lepiej niż kilka lat temu - ciocia A. i jej synowie porobili sobie prawa jazdy i szaleją po drogach powiatu mucharskiego, ale wiadomo - jest gospodarka, jest obowiązek. Poza tym zawsze jak przyjeżdżali, to przeważnie na wiosnę. Dlatego szczerze zaskoczył mnie telefon cioci A. z zapowiedzią, że przyjadą do mnie w tą sobotę w odwiedziny. Powiedziałam o tym w rodzinnym domu i od razu zaczęły się gorączkowe przygotowania. Chwilami miałam nawet wrażenie, że to sam papież ma do nas przyjechać, a nie rodzina.
Ku mojemu zaskoczeniu pojawili się u nas ok. godziny 10:00. Spodziewałam się ich raczej koło południa. Szybko jednak wyjaśniło się, że przyjechali tylko na jeden dzień, ponieważ w domu zostawili najmłodsze dziecko z dwójką starszych i babcią. Starsi pewnie rozeszli się do swoich dziewczyn, a zostawienie seniorki rodu z K. grozi wybuchem wojny domowej. Jak mus to mus, chociaż myślałam, że zostaną do jutra. Tym bardziej, że przywiózł ich najstarszy syn cioci A. - T. Ależ on wyrósł. Ale co się dziwić, w końcu ma te swoje 23 lata na karku. A ja pamiętam go jeszcze jako ciągle psocącego 2-4 latka. Jak te lata szybko lecą...
Zresztą nie tylko lata lecą, ale też godziny. Ani się obejrzałam, a nasi goście musieli się już zbierać. Trochę szkoda, ale nic nie może wiecznie trwać. Grunt, że posłuchałam kilka nowych i starych historii rodzinnych, przy niektórych zrywając wręcz boki. No i pogadałam sobie z T. jak za dawnych lat. Nawet nie wiecie jak kiedyś lubiliśmy ze sobą gadać. A może to ja lubiłam, bo on zawsze mnie słuchał? W każdym razie w przyszłym roku musimy wybrać się do nich z rewizytą. Podobno wujostwo tyle naopowiadali K. o mnie, że aż ona sama chciała do nas przyjechać. Niestety, przeważyły tutaj względy logistyczne - sześć osób nie weszłoby do samochodu, niestety...
odwiedziny rodziny bywają bardzo przyjemne:)
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
Zwłaszcza po tak długiej przerwie :)
UsuńMili goście z radością są witani.
OdpowiedzUsuńMiłej niedzieli:)
Dokładnie, najbardziej ucieszyłam się z wizyty T. wszak kiedyś całe wakacje spędzaliśmy razem
UsuńTakie spotkania są czasami potrzebne i lepiej spotykać sie przy miłej okazji...
OdpowiedzUsuńMy też czekamy na gości, bo mój syn ma dziś urodziny, zakończymy stary rok urodzinami młodego pokolenia:-)
Uściski, Karolino:-)
Zatem spóźnione życzenia dla syna.
UsuńMy musimy się w tym(2019) roku zrewanżować i wpaść do nich z rewizytą. Tylko co wtedy zrobić z Puśką?
Milo spotkać się z rodzina której dawno się nie widziało
OdpowiedzUsuńA apetyt rośnie na kolejne spotkania
UsuńPiękne i ważne są takie rodzinne spotkania.Czas tak szybko ucieka...
OdpowiedzUsuńUściski, Karolinko.
A ileż można powspominać podczas takich spotkań. I tylko żal, że są one tak rzadkie...
UsuńKiedyś rodzina częściej się spotykała, teraz, w tym zabieganym świecie jest to coraz rzadsze, dlatego cieszę się że wspaniale spędziliście te parę godzin.
OdpowiedzUsuńKarolinko, życzę Ci wspaniałego 2019 roku!
Szkoda, że tak krótko, ale cieszmy się z tego co jest. Mam nadzieję, że na następne spotkanie nie będzie trzeba czekać kolejnych 5 lat :)
UsuńWczoraj próbowałam dodać tutaj komentarz, ale coś się nie udało - złośliwość rzeczy martwych. W każdym razie fajnie poczytać o tym, jak w okresie okołoświątecznym rodzina spotyka się dlatego, że chce, a nie tylko dlatego, że „tak wypada”. Szczęśliwego Nowego Roku! :)
OdpowiedzUsuńTo był jak najbardziej ich spontaniczny przyjazd, ale jakże udany.
Usuń