Przełom 2023 oraz 2024 roku zdecydowanie podporządkowany był obchodom 800-lecia powstania pierwszej Szopki w małej włoskiej miejscowości Greccio. Najpierw wieczorne roraty, na które szłam jak tylko pozwalał mi na to czas, gdzie wraz z dzieciakami poznawałam po raz kolejny historię życia św. Franciszka, z tym, że tym razem nakierowana była ona na okoliczności powstania stajenki. I chociaż jestem znacznie starsza od dzieci, do których skierowany był przekaz, to myślę, że słuchałam wszystkiego z nie mniejszym zaciekawieniem, niż te kilkulatki, co rusz zachwycając się czymś nowym w tej ciągnącej się przez trzy tygodnie opowieści. Wiem, że wiele ludzi zarzuciłoby mi tutaj zbytnią infantylność. Wydaje mi się jednak, że kiedy trzeba to potrafię myśleć, działać i zachowywać się jak osoba określana mianem dorosłej. A jednak nie potrafię wyzbyć się zachwytem i radością z małych, prostych rzeczy. Takich jak rozmowa z drugą osobą, udane przedstawienie na uczelni, możliwość przeczytania Czytania podczas porannej Mszy świętej roratniej, wspólnego przygotowywania dekoracji bożonarodzeniowych, nawet jeżeli nie jest to moja rodzima parafia (- "Księże, a jak ten dźwig się zawali na Paula podczas pasterki?", - "Lolek, to przecież ty wszystko obliczyłaś, więc...", - "Obliczenia mogą się mylić"; mina Księdza Niosącego Światło bezcenna; - "Księże, Dzieciątko Jezus krawacika nie ma... (o co chodzi pisałam >>tutaj<<), - "Księże..."; wątpię aby w mojej parafii mogła pozwolić sobie na taką bezpośredniość i otwartość), czy chociażby słuchania z zapartym tchem wieczornych opowieści o świętym Franciszku.
Wszystko nie zakończyło się jednak wraz z dniem 23 grudnia, kiedy wypadły ostatnie roraty. Taką wisienką na torcie, klamrą spinającą wszystko, było uczestniczenie w dniu dzisiejszym w przedstawieniu "Pewnego razu w Greccio", wystawianego w Domu Katolickim przy panewnickiej Bazylice ojców franciszkanów przez "Teatr Franciszka" działający w Chorzowie. Po przeanalizowaniu wszystkich terminów wystawiania spektaklu uznałam, że najlepszym i najdogodniejszym terminem jest dzisiejsze przedpołudnie. Dodatkową motywacją do obejrzenia go było to, że grali w nim moja koleżanka z parafii oraz kolega ze studiów, zwany na blogu po prostu Archaniołem.
Franciszkańska scena nie jest duża, jest nawet mniejsza od tej znanej mi z krakowskiego salezjańskiego Wyższego Seminarium Duchowego, gdzie czasami jeżdżę obejrzeć tamtejsze Misteria Męki Pańskiej. Teraz temat był dużo lżejszy, a nawet z pewną dawką humoru, W niecałe 60 minut znakomicie ukazano zdarzenie, które miało miejsce w 1223 roku w odległych Włoszech. Otóż do niewielkiego Graccio przybył wtedy Franciszek z Asyżu, jeszcze nie święty. Mieszkańcom wioski zakomunikował, że zamierza stworzyć tam stajenkę na wzór tej, w której przyszedł na świat mały Jezus. Wszyscy z entuzjazmem do tego podeszli, jednak w efekcie końcowym stajenka wyglądała dużo inaczej, niż sobie to wyobrażali, a zamiast żłóbka z figurką Dzieciątka był żłóbek pełniący rolę stołu eucharystycznego, zaś wielka hostia symbolizowała Syna Bożego, który codziennie przychodzi do wiernych pod postacią Chleba.
| Ta scena była często przywoływana podczas tegorocznych rorat |
Przepraszam za jakość zdjęć, ale ciemno było, a przez co trudniej mi się ustawiała odpowiednia ostrość. W każdym razie wybrałam te najlepsze (cokolwiek sobie nie myślicie). Bardzo mi się podobały dwa końcowe gesty - błogosławieństwa udzielonego przez kapłana oraz podzielenia się z widzami bochenkiem chleba (to było nawiązanie do dosłownego tłumaczenia nazwy Betlejem - "dom chleba").
Myślę, że to był bardzo dobrze spędzony czas, chociaż nie brakowało perturbacji komunikacyjnych. Na szczęście wszystko skończyło się dla mnie jak najbardziej pomyślnie. Na chwilę mogłam oderwać się od zmartwień i trosk i przenieść w zupełnie inny świat, pełen radości, muzyki, tańców. I chociaż na stole w pokoju leżały notatki z wiedzą, którą powinnam sobie przyswoić na ten tydzień, na chwilę straciły one swoje znaczenie. A ja z zapartym tchem śledziłam to, co dzieje się na scenie. I wcale nie miałam wyrzutów sumienia z tego powodu.
Czasami trzeba wybrać, wiadomości nadrobisz a przedstawienie ma określony czas.U nas ludzie dzielą się bułkami w Boże Ciało, po procesji stoją kosze z bułkami na schodach do kościoła. Pozdrawiam cieplutko.
OdpowiedzUsuńWarto poznawać tradycję i spedzać wspólnie czas to łączy ludzi. Miłego dzisiejszego dnia i wielu następnych życzę:)
OdpowiedzUsuńPiękne są takie przedstawienia, niosą wiele wzruszeń.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie, Karolinko.
Podziwiam Cię Karolinko za ogrom wiedzy i uczestnictwo w tych roratach no i za ogrom wiary !!! Chyba jest Ci przez to łatwiej w życiu. Zresztą podziwiam Wszystkich ludzi którzy mają jakąś pasję !!!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Wspaniała inicjatywy, przyznam się, że z chęcią obejrzałabym całość. Karolino warto pielęgnować w sobie wewnętrzne dziecko, na poważne sprawy też jest czas. Pozdrawiam milutko.
OdpowiedzUsuńNiezmiennie Cię podziwiam Karolinko ale zachwyciło mnie Twoje: "Wydaje mi się jednak, że kiedy trzeba to potrafię myśleć, działać i zachowywać się jak osoba określana mianem dorosłej. A jednak nie potrafię wyzbyć się zachwytem i radością z małych, prostych rzeczy". To dar dany z wysokości. Żal mi, że ja tego nie potrafię spontanicznie, muszę sobie przypominać to życzenie, przesłane mi kiedyś, przez życzliwą osobę: "Wielkich wzruszeń z małych rzeczy"
OdpowiedzUsuń