Za oknem coraz śmielsze podmuchy ciepłego powietrza, a i ja czuję się coraz lepiej. Przynajmniej fizycznie, bo psychicznie jestem w jakimś dołku, z którego chyba długo, długo nie wyjdę. Podobno każdy z nas ma taką granicę, po której przekroczeniu trudno jest mu się pozbierać. Z czasem ta granica ulega automatycznemu przesunięciu, ale to pierwsze nadepnięcie na nią jest bardzo bolesne. Na razie jestem skołowana i czuję się tak, jakbym dostała obuchem w głowę. Jakby ktoś wylał na mnie wiadro pomyj. Kopnął w kąt, jak niepotrzebną już rzecz. Moje zaufanie do niektórych osób spadło do zera. Czy je kiedyś odzyskam - nie mam pojęcia.
Jedno jest pewne - poczułam takie zerwanie więzi z moją rodzinną parafią jak nigdy przedtem, chociaż różne bywały sytuacje. Kapłani dziwią się, że jest tak mały odsetek ludzi uczęszczających na niedzielną Mszę świętą? To niech się zastanowią co robią. Bo jak to mądrze powiedział podczas robienia dekoracji bożonarodzeniowej Ksiądz Niosący Światło, "to nie jest moja parafia, a wasza. Ja odejdę, ale wy zostaniecie". Myślę sobie, że wielu z nich o tym zapomina i zapędza się w swoich działaniach tak, jakby mieli być na parafiach na wieki wieków. Tymczasem ludzi łatwo jest zrazić swoim postępowaniem, a trudniej jest odbudować w nich to, co budowane było przez lata. Szkoda, że tak często o tym zapominają.
Kościół, jako wspólnota wiernych, na wzór Chrystusa winien pochylać się nad ludźmi słabymi, chorymi, potrzebującymi pomocy, odrzuconymi czy znękanymi. Pomocy potrzebuje każdy brat - Jezus umył nogi swym uczniom, ucząc ich nowej logiki, „logiki miłości, która się daje zwłaszcza najmniejszym i potrzebującym”. Pomódl się zatem dziś w ich intencji.

Brak komentarzy:
Nowe komentarze są niedozwolone.