Podczas dzisiejszej Mszy świętej myślałam, że dostanę zawału serca. Jedną z przyczyn dla których w tygodniu chodzę na nie do innej parafii niż moja jest dosyć specyficzna natura księdza proboszcza. W niedzielę i święta jestem w stanie znieść jego obecność, ale w pozostałe dni już niekoniecznie. A że ja naprawdę nie mam zamiaru grzeszyć przez niego chociażby myślą, to postanowiłam chodzić w tygodniu gdzie indziej. To w myśl zasady, że Bóg jest właściwie wszędzie i w każdym kościele. A skoro mam możliwość iść do innej świątyni, a dzięki temu uniknąć grzechu, nawet nie do końca świadomego (tak, wiem, że jedną z podstaw mówienia, że coś jest grzechem jest jego świadomość, ale czasami robimy coś co można podciągnąć pod grzech i nie do końca wiemy, że tym grzeszymy), to czemu miałabym z tego nie korzystać?
Tymczasem dzisiaj wchodzę do kościoła (akurat wierni odmawiali ostatnią dziesiątkę różańca) i spokojnie idę na swoje miejsce na samym jego końcu. Jakoś tak czuję, że tam najmniej zwracam na siebie uwagi, a jednocześnie i mam dobry widok na ołtarz główny, i mogę kiwnąć głową w geście przywitania księżom zmierzającym w stronę konfesjonałów, i czasami zamienić słowo z Księdzem Niosącym Światło. Tym razem jednak nikt nie spowiadał. Za to w pewnym momencie do środka kościoła weszła dobrze znana mi postać. Pomimo panującego półmroku doskonale ją rozpoznałam - to był proboszcz mojej parafii. Myślałam, że ze strachu ducha wyzionę. To ja robię wszystko, aby jak najrzadziej go widzieć, a on i tak przylazł do tej parafii, aby w zastępstwie odprawić intencję Mszy świętej. No tak, tam zazwyczaj są dwie, trzy na jednej Mszy, u nas za to jedna. Ale też przeleciało mi przez myśl, że może Księdzu Niosącemu Światło się pogorszyło i nie jest w stanie odprawić intencji.
Ale nie, trochę uspokoiło mnie to, kiedy zobaczyłam jak wychodzi z zakrystii i nawet próbuje śpiewać pieśń na wejście. Wiecie, jak jeszcze miał dosyć siły, to śpiewał bardzo pięknym, donośnym głosem. Takim, którego wręcz chce się słuchać. Teraz jeszcze nie ma na to wystarczająco sił. Ale ja po prostu wierzę w to, że jeszcze nadejdzie taki dzień, kiedy zaśpiewa z pełną piersią. I kiedy będzie głównym koncelebransem nabożeństwa. Przecież tak było jeszcze podczas rorat. Co prawda zawsze był dodatkowy ksiądz, bo były z reguły dwie intencje, ale też na wypadek, gdyby Ksiądz Niosący Światło po prostu zasłabł i nie mógł dokończyć sprawowania Eucharystii, ale to on prowadził całość. I jeszcze tak ciekawie mówił dzieciom o św. Franciszku. A potem się pochorował na kilka tygodni i bardzo przez to osłabł. Tylko, że jak na moje oko to biedny tak jakby nie mógł odbić się od tego "dna" i wyjść na prostą. Ale Ewangelię Marka o dylemacie uczniów Jezusa w chwili, kiedy zorientowali się, że nie mają co jeść i przypomnieniu im przez Mistrza cudu rozmnożenia chleba i ryb odczytał z tą swoją mocą i tonem, któremu po prostu się wierzy.
Moje obawy co do księdza proboszcza potwierdziły się, kiedy na początku Mszy świętej ksiądz proboszcz z tamtej parafii odczytywał intencje i kto je sprawuje. Że też na cały dekanat nie znalazł się inny chętny kapłan. Chociażby nasz ksiądz Darek, który koncelebrował tutaj Mszę na początku grudnia zeszłego roku. Naprawdę to musiał być ten proboszcz? To ja robię wszystko, aby mieć z nim jak najmniej do czynienia, a tutaj taka przygoda. Ze strachu (on też mnie raczej nie lubi, więc jesteśmy kwita) cały czas stałam za filarem. Czy mnie zauważył? Nie sądzę. Może jakbym poszła do Komunii. Ale nie zdążyłam się wyspowiadać więc nie byłam w stanie łaski uświęcającej. Za to zauważył to Ksiądz Niosący Światło. Jeszcze nie doszłam do osiedla, na którym mieszkam (jakieś 2 km od tamtego kościoła), a już dostałam od niego SMS z pytaniem co ja wyprawiam. Odpisałam mu, że kiedyś mu to wytłumaczę. Bo przecież nie powiem mu, że boję się własnego proboszcza. W sumie to on chyba nawet nie wie, z której konkretnie jestem parafii.
A może wie, albo się domyśla? Mam tylko nadzieję, że w przypadku tej pierwszej opcji nie zdążył nic powiedzieć mojemu proboszczowi. Jakoś mu nie ufam - proboszczowi - i myślę że tą informację mógłby wykorzystać jakoś przeciwko mnie.
Hehe, uśmiałam się, słysząc o Twoim nieudanym unikaniu proboszcza :)
OdpowiedzUsuńTrochę zasmuciła mnie wiadomość o chorym księdzu. Porboszcz z mojej parafii też zachorawał, zeszczuplał, zmizerniał... A kiedyś to był taki pełny werwy kapłan ^^
Pozdrawiam serdecznie :)
Karola, to nie jest normalne żeby się bać proboszcza. Masz pełne prawo go nie lubić ale przecież jesteś wolnym człowiekiem i na mszę świętą możesz chodzi gdzie chcesz. Najważniejszy przecież dla Ciebie jest udział w niej a zdecydowanie lepiej to robić tam, gdzie się dobrze czujesz. Zbierz kiedyś całą swoją bojowość i odwagę, której masz za trzech, i wygarnij proboszczowi co o Nim myślisz. Głowa do góry!
OdpowiedzUsuńWitaj Karolinko przedwiośniem za oknem
OdpowiedzUsuńWiesz przypomniałaś mi, że i ja chodziłam do innego kościoła na mszę... Właśnie z powodu księdza... Czasem w trakcie jego kazań grzeszyłam myślą. Ale po co było to ciągnąć dalej. Przeniosłam się na msze do innej prafii.
Pozdrawiam żółtym uśmiechem ranników pomimo deszczu
Kogoś się lubi, albo nie...Każdy ma prawo wyboru...;o)
OdpowiedzUsuńNie rozumiem Twojego strachu. Ty mądra, wykształcona kobieta boisz się księdza? A co on może Ci zrobić? Masz prawo chodzić do którego kościoła chcesz.
OdpowiedzUsuńJa szczerze mówiąc też nie rozumiem obaw. A chodzenie do innego kościoła z powodu nielubienia proboszcza czy innego księdza uważam za dość normalne. Kiedyś słyszałam, jak jeden zakonnik podczas kazania komentował to chodzenie po różnych parafiach, ale nie rozumiem, w czym jest problem.
OdpowiedzUsuńDo kościoła idziesz dla Pana Boga a on jest podczas każdej Mszy. Jeśli lepiej czujesz się poza swoją parafią to ok. Poza tym wątpię by proboszcz się czepiał ze gdzieś na Mszy byłaś. To Twoja sprawa.
OdpowiedzUsuńDruga kwestia to lęk. Biorąc pod uwagę zdrowie to nie powinnaś dopuszczać do sytuacji, że masz kontakt (a nie musisz go mieć) z kimś kogo się boisz. Po co Ci to?
OdpowiedzUsuńKarolinko, przecież nie ma przymusu chodzenia do jakiegoś konkretnego kościoła, nawet swojego parafialnego. I w jaki sposób miały ten fakt wykorzystać przeciw Tobie proboszcz? Myślę, że nie powinnaś się go bać, bo w końcu co on może Ci zrobić? Tak naprawdę nic, może Cię najwyżej nie darzyć sympatią, ale to jego problem, a Ty się tym nie przejmuj.
OdpowiedzUsuńUściski.
Znam i ja Karolinko takich proboszczów, potraktuj własnego jak urzędnika, który musi gdzieś pracować. A jeśli już dopadnie Cię niekomfortowa sytuacja to ją ofiaruj w jego intencji, żeby choć trochę poprawił własne postępowanie.
OdpowiedzUsuńJa chodzę, od zawsze, tylko do naszego klasztoru na Msze św. Jest mi tutaj dobrze. Mamy braci zakonnych, zatem nie ma "parcia" na pieniądz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:)
Ha ha ha ! Nic nie dzieje się bez przyczyny :))) Ja też nie chodzę do swojego kościoła parafialnego. Wolę inny kościół. Idę tam, gdzie czuję Ducha - po prostu. Wiem, że człowiek nie powinien oceniać księdza ani Jego sposobu mówienia kazania czy też zachowania, ale trudno nie bacząc na nic przychodzić tam, gdzie nie czuje się najlepiej. To tyle w temacie. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń