Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 5 lutego 2024

1850. I teraz trochę tam zrobiło się "łyso"...

O demontacji szopki w parafii Księdza Niosącego Światło dowiedziałam się ze strony internetowej parafii, w której posługuje. Akurat poprzedniego dnia jeszcze zostałam w domu i nie byłam na niedzielnej Mszy świętej, a choćby nawet - w niedzielę chodzę do siebie, albo do Duszpasterstwa. Więc i tak bym nie usłyszała tego z ogłoszeń duszpasterskich. Ale że zamieszczane są one też na stronce, przynajmniej w skróconej wersji, no to z reguły na nie patrzę. 
Trochę zaskoczył mnie termin, bo chociażby w mojej parafii szopka rozbierana była w sobotę po Gromnicznej. A tu dopiero w poniedziałek. Miało to jednak pozytywną stronę - parafianie mieli możliwość obserwować ją i modlić się przy niej dwa, a nawet trzy dni dłużej, jeżeli wziąć pod uwagę poniedziałkową poranną Mszę świętą. Szopkę dość oryginalną, i niepowtarzalną, nawet jeśli nie w skali krajowej, to na pewno - w diecezji. Bo był jeden jedyny szczegół, który wyróżniał ją spośród innych - to... dźwig, który nad nią górował. Kilka razy próbowałam ją sfotografować, jednak żadne wykonane przeze mnie zdjęcie nie oddaje jej wyjątkowości. Na szczęście znalazłam w czeluściach internetowych fotografie z wizyty alumnów w tamtej parafii w ramach niedzieli powołań kapłańskich.  
Czy widzieliście kiedyś szopkę budowaną przez dźwig?
W zasadzie to do Kościoła przyszłam właśnie na poranną Mszę świętą, a potem planowałam po prostu w nim zostać na rozbieranie świątecznej dekoracji. Po cichu liczyłam na to, że Msza będzie sprawowana przez Księdza Niosącego Światło, tymczasem przy ołtarzu odprawiał ją tylko ksiądz proboszcz. Do księdza Andrzeja nic nie mam, lubię go, nawet bardzo (i chyba on też mnie lubi, bo zawsze macha mi ręką), no ale Księdza Niosącego Światło nie widziałam już ponad miesiąc i już zaczęłam się denerwować. Postanowiłam jednak tego nie okazywać na zewnątrz.
Byłam jedynym przedstawicielem płci żeńskiej, która przyszła rozbierać tego dnia dekoracje. W dodatku, nie z tej parafii. I jeszcze - z niepełnosprawnością. Już to samo w sobie powinno mnie zdyskwalifikować. A jednak nie. Już od początku, kiedy ściągnięto słomę z dachu szopy, zaczęłam niepostrzeżenie i w miarę możliwości nie pałętając się zbytnio pod nogami innych, znosić ją na płachty, które potem mężczyźni zanieśli do garażu. Tak się zaabsorbowałam tym zajęciem, że nawet nie zauważyłam obecności Księdza Niosącego Światło w świątyni. Za to on bardzo szybko mnie wypatrzył.
- Lolku, jak dobrze cię widzieć - dobiegło niepostrzeżenie do moich uszów. Trochę mnie to sparaliżowało, ale też ucieszyło. Czy ktoś w mojej parafii cieszył się z mojego widoku? Albo chociaż udawał, że się cieszy? Nie przypominam sobie. Ale przypatrzę się temu zjawisku, kiedy wrócę na niedzielne Msze święte. Jednak dużo bardziej ucieszyłam się z tego, że to jego widzę. Wreszcie, po tylu tygodniach. Może jeszcze nie do końca doszedł do siebie, i nawet się zastanawiałam, czy powinien już się forsować przy rozbieraniu tego wszystkiego, z drugiej strony, jak sam przyznał, chciał już "wyjść do ludzi". Jak ja go tutaj dobrze rozumiem. 
Wracając jednak do rozbierania szopki to największą zagadką logistyczną okazał się demontaż dźwigu. Postawić go było łatwo (może nie dosłownie), za to jego demontaż okazał się prawdziwym wyzwaniem. Chwilami chciało mi się śmiać, kiedy widziałam jak dorośli mężczyźni kombinują na wszystkie strony jak go położyć, chociaż tak naprawdę to nie było takie śmieszne, a raczej - niebezpieczne. Ja zaś widziałam oczami wyobraźni, a to jak zbudowana z rurek konstrukcja runie jak długa na posadzkę, a to jak załamie się konstrukcja szopki, na której stała jedna osoba i z takiej perspektywy opuszczała całą misternie zrobioną konstrukcje. I jeszcze ten komentarz Księdza Niosącego Światło: - Tam jest winowajca całego zamieszania, jak coś, to pretensje do Karoliny. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy może nie powinnam zamilczeć, kiedy zachciało mi się przy stajence "coś z budowy". 
Na szczęście po kilku próbach udało się sprowadzić dźwig na ziemię. Wtedy mężczyźni zaczęli wszystko rozkręcać, bo każda rurka była przykręcona do innych (jakoś musiało to się trzymać i nie rozlecieć). Właściwie wtedy, kiedy patrzyłam jak próbuje to robić ksiądz to zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jest on jeszcze słaby. A już na pewno operowana ręka nie wróciła mu jeszcze do sprawności (o ile jeszcze kiedyś wróci). Przez tą jego ostatnią chorobę przepadła mu rehabilitacja jej. Ale z niektórymi śrubkami dał radę, nawet jeżeli kosztowało go dużo więcej wysiłku niż powinno. Gdyby jeszcze nie rzucał ich w moją stronę (jeden z mężczyzn poprosił mnie, abym w miarę możliwości je pozbierała) to byłabym szczęśliwa. Tym bardziej, że nie zawsze nadążałam z ich złapaniem i niekiedy jakaś przeleciała dalej. Ale z drugiej strony już nie chciałam go upominać. Nie ukrywam, że i dla mnie zbieranie śrubek było wyzwaniem, ale chyba żadna nie została na podłodze. Poza tym nosiłam te rozkręcone rurki, potem rozkręcone elementy szopki, nosiłam też mniejsze rzeczy do garażu, aż w końcu odkurzyłam dywany i poukładałam rzeczy na ołtarzu. Innymi słowy - robiłam wszystko to, co byłam w stanie zrobić. I jeszcze musiałam przekonywać księdza, że dam radę zanieść do garażu wszystkie trzy drewniane kloce, na których stał słynny dźwig (Lolek, proszę cię, nie dasz rady, to będzie dla ciebie za ciężkie, jesteś na to za słaba - biedakowi w pewnym momencie zabrakło argumentów). Bo prawda jest taka, że ja mogę sporo zrobić - trzeba tylko dać mi szanse i dopasować zadania do moich możliwości. Tak jak tutaj. Naprawdę cieszyłam się, że nikt mnie nie przeganiał z kąta w kąt, a po prostu angażował mnie w jak najwięcej możliwych prac. A na sam koniec tak wiele osób podziękowało mi za pomoc ściskając moją dłoń, że aż zrobiło mi się głupio, bo przecież znowu tak wiele nie zrobiłam. Ktoś jeszcze rzucił, że on się boi pomyśleć, jaką dekorację wymyślimy w przyszłym roku.
 - Oj Loluś, Loluś, coś mi się przeziębiłaś - przyznał na koniec ksiądz. Chociaż starałam się jak najmniej kaszleć, to jednak całkowite jego wyeliminowanie było niemożliwe i od czasu do czasu łapał mnie jeszcze atak kaszlu. Ale i tak jest lepiej niż było jeszcze tydzień temu. Ten antybiotyk nie był jednak takim złym pomysłem. Zresztą ksiądz też kaszle i to dużo bardziej ode mnie (ciekawe czy miał jakieś zdjęcie rentgenowskie dróg oddechowych, bo może jednak nie do końca się wyleczył). Oczywiście zaczęłam mu mówić, że w zasadzie to już się trochę podleczyłam i żeby się mną nie przejmował, że jego zdrowie jest ważniejsze. Przy okazji wymknęło mi się pytanie, co z tymi jego badaniami kontrolnymi, bo chyba nie zrobił ich na czas. Zaczął się śmiać (jak ja uwielbiam jak on się śmieje, bo zawsze robi to szczerze) i powiedział, że musi poczekać gdzieś do połowy lutego, bo na razie to w jego organizmie jest jeszcze więcej chemii niż w tablicy Mendelejewa. 
Jeszcze na moment zatrzymałam się w drzwiach oddzielających zakrystię od ołtarza głównego i zamyśliłam się. Z zadumy wyrwał mnie dziwny dźwięk. Odwróciłam głowę i zobaczyłam, że Ksiądz Niosący Światło chwyta się za udo - odnosząc odkurzacz do kanciapy zahaczył nogą o róg stołu. No tak, musiał coś tego typu wywinąć - podczas stawiania dźwigu w grudniu o mało nie oberwał spadającą rurką w głowę, teraz musiał to nadrobić. Coś czuję, że na drugi dzień miał niezłego siniaka. Jednak się chyba zbytnio tym nie przejął. Jeszcze raz spojrzałam na ołtarz. Nawet nie wiem, kiedy ksiądz stanął obok mnie. 
 - Co Lolku, rozebraliśmy całość.
 - Tak, tylko że teraz jest tak jakoś łyso... - do końca nie umiałam sprecyzować to, co miałam na myśli.
 - Ja bym nawet powiedział, że jest bardzo łyso - powiedział ze śmiechem.
 - Księże, ale na Wielkanoc robi ksiądz Grób Pański? - wiem, że robi, ale wolałam się upewnić.
 - Robimy, jak wszystko będzie dobrze to pewnie że robimy - to "my" to już sam sobie dopowiedział. Ale to chyba oznacza, że jestem zaproszona do współtworzenia. A może tak tylko mi się wydaje? Może po prostu ja tak chcę? Wiem też, że ta "sielanka" wkrótce się skończy. Dlatego wolę się zbytnio do tego stanu rzeczy nie przyzwyczajać. Wtedy zderzenie z rzeczywistością po prostu mniej boli.

Z tego wszystkiego nie zapytałam go o to kazanie o pokoju z Nowego Roku. Ale jeszcze będzie tyle okazji.

12 komentarzy:

  1. Bardzo ładnie to wyglądało, ale już najwyższa pora zmienić dekoracje.
    Pozdrawiam serdecznie na nowy udany tydzień. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. U mojej parafii taka szopka była przez wiele lat, od początku istnienia parafii. Byliśmy zaskoczeni i zachwyceni, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyliśmy. Bo to przecież ten sam Jezus, rodzący się w "żłóbku" i umierający i zmartwychwstający w czasie Eucharystii, szopka jest więc w jakimś sensie ołtarzem. Niestety, nowy proboszcz (zresztą mój dobry kolega z oaz, żeby było zabawniej) sprowadził wystrój żłóbka do banału (w domu mam większe figury). Kiedyś go wprost o to zapytałam, ale odpowiadał kilka minut i nic nie powiedział. (Cecha całkiem sporej ilości księży, jakby posłuchać losowo homilii i kazań). A mój mąż stwierdził później: "wiesz, ołtarz szopką, Jezus Jezusem X. pewnie nie chciał by ludzie pomyśleli, że w takim razie on jest osłem".

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, brak szopki i choinek zmienia kościół na taki pusty, w mojej paraffi zdejmuje się ozdoby świąteczne i szopkę po ostatniej mszy wieczornej 2 lutego,pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze po demontażu szopki i choinek robi się w kościele nieco łyso. Ale już niedługo pojawią się dekoracje wielkopostne.
    Pozdrawiam, Karolinko.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przypomniało mi się jak gdy bylam dzieckiem jeździliśmy oglądać "ruchomą" szopkę . :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pewnie czułaś się trochę wyróżniona tym, że mogłaś być przy demontażu szopki w kościele księdza Niosącego światło.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Taki zwyczajny, a przyjemny, miły i pozytywny wpis... wszystko to zaleta Twojego pozytywnego charakteru :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo ładna szopka! U mnie zniknęła na początku lutego tradycyjnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miło się czytało, szczególnie te dialogi, te słowa wypowiadane. Sielanka nigdy nie trwa wieczność, ale jej obecność, to ogromny dar i cieszę się z każdej, tej, która Cię spotkała, też się cieszę. :) Oczywiście, że są ludzie, którzy cieszą się na Twój widok, ja cieszę się zawsze, jak widzę Twoją ikonkę, Twoje zdjęcie, zawsze!!! Do znudzenia będę powtarzać, żeś jest kobietą inspirującą. Popatrz, jak tu świetnie pomagałaś, silna jesteś i dobra i z takich ludzi jestem dumna. Dziękuję za wsparcie i Twoje piękno! <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Masz bardzo dobrą i pozytywną duszę, dlatego przyciągasz sympatię i uśmiechy innych.
    Zdrowiej, Karolinko, bo ten Twój kaszel trwa już trochę za długo...

    OdpowiedzUsuń
  11. W naszym kościele szopka była rozbierana 31 stycznia, ale byłam 2 lutego w innym kościele i tam jeszcze była szopka, czyli co kraj to obyczaj. Podziwiam Cie Karolinko że mim dwóch kierunków studiów znajdujesz jeszcze czas żeby działać w kościele. I tak trzymaj bo ludzie aktywni nie mają czasu na chorowanie, są w ciągłym ruchu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  12. Kochana
    Czy moje komentarze nie są w Spamie? piszę, zostawiam komentarze i ich nie widzę:(

    OdpowiedzUsuń