Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

sobota, 8 lipca 2017

Przezwyciężyć własny strach

Siedzę przed czystą kartką i zastanawiam się co jutro powiedzieć na Mszy świętej podczas oficjalnego pożegnania księdza Jacka w imieniu Oratorium. Co prawda pozostałe grupy parafialne żegnają księdza wspólnie, jednak o nas tradycyjnie zapomniano. Chociaż to Oratoria i wychowanie młodzieży są głównym programem działania zakonu salezjanów... Kartka dla księdza, a raczej cudeńko wyczarowane przez Gosieńkę, leży wypisane, podczas wycieczki wybraliśmy dwójkę dzieci, które pójdą z nami, tylko to przemówienie, które jutro będzie trzeba wygłosić... A tutaj słowa nijak się nie kleją, zdania nie układają. Ja jednak się nie poddam, to nie w moim stylu. Zresztą już dzisiaj pokazałam, że potrafię walczyć do końca.
W ostatni dzień półkolonii zazwyczaj jeździmy z dzieciakami na jakąś wycieczkę za miasto. Chociaż zazwyczaj z wyprzedzeniem wiemy gdzie jest ona planowana, tym razem do ostatniego dnia wszyscy trzymani byli w niepewności. W końcu wczoraj podczas spotkania na zakończenie dnia, ksiądz zdradził nam cel dzisiejszej podróży - gospodarstwo agroturystyczne(w sumie racja, coraz częściej spotykam się z sytuacją, że miejskie dzieci nie odróżniają konia od krowy, a założę się, że za kilka lat i wiejskie dzieci mogą mieć z tym problem...), a potem, potem "się zobaczy".
Zgodnie z zapowiedzią pojechaliśmy najpierw do zapowiedzianego gospodarstwa agroturystycznego, gdzie dzieciaki mogły zajrzeć do chatki sprzed 100 lat, pokarmić kózki suchym chlebem, a nawet wydoić sztuczną krowę(w sumie niegłupi pomysł - zaoszczędzono Mućce, czy też innej Krasuli niepotrzebnego stresu, a dzieciaki nie miały szansy zderzenia się z jej kopytem) i z "uzyskanego" mleka zrobić masło(kto kiedyś robił mleko ze swojskiego mleka ten wie, o co chodzi w cudzysłowu). 
Grupowe zdjęcie przed skansenem
Po kilku godzinach ruszyliśmy do drugiego punktu naszej wyprawy, czyli tajemniczo brzmiącego "się ozobaczy". Tym "zobaczy się" okazał się park linowy niedaleko gospodarstwa agroturystycznego. Swoją drogą to zawszę mijaliśmy go, kiedy wraz z klubem sportowym jechaliśmy na letni obóz. Ale jakoś nigdy w nim nie byliśmy. W ogóle nigdy jeszcze nie byłam w takim miejscu. Co prawda kiedyś, jak byliśmy na obozie w okolicach Dębicy w podkarpackim było takie wyjście, Karolinka jednak musiała dzień wcześniej się rozchorować i zostać na ośrodku. Jednak co się upiecze, to nie uciecze. 
Wstęp na trasy linowe mieli zapewniony wszyscy - dzieciaki na Juniora, animatorzy i wychowawcy na standard. No chyba, że ktoś zadeklarował strach przed wysokością. Najpierw szkolenie - myślałam, że pójdzie gorzej z przepinaniem karabinków od uprzęży zabezpieczających, a tu bez większych problemów dałam sobie z tym radę. Tak samo z uprzężą umożliwiającą zjazdy. Jeszcze tylko kask na łebek i można było ruszać w drogę.
Najpierw jednak trzeba było wejść do pierwszego podestu po czymś w rodzaju ścianki wspinaczkowej, do której w dodatku musieliśmy się samemu przypiąć w celu zabezpieczenia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że odstępy pomiędzy wypustkami były za duże na moje nogi. Postanowiłam się wycofać - zresztą i tak miałam iść na końcu. Wycofałam się z rozgrywki, ale nie z całej gry. 
Podeszłam do instruktora z zapytaniem, czy mogę iść trasą dla dzieci, ponieważ nie mogę wdrapać się na standard. Ze względu na moje niewielkie gabaryty(no dobra, trasa była dla osób do 150 cm wysokości, a ja przekroczyłam tą granicę o 4 cm, ale cóż to jest), przystał na moją prośbę. Gdzieś po paru minutach usłyszałam wołanie z góry:
 - A gdzie jest P.!(no tak, cztery Karoliny to już tłok, więc prościej było wszystkim wołać po nazwisku)
 - Idzie łatwiejszą trasą! - odwrzasnął ktoś z dołu.
 - Aha!
Po otrzymaniu zezwolenia ruszyłam przed siebie. Najpierw musiałam wejść na górę po drabinie - może w zwolnionym tempie, ale w końcu mi się to udało. Dopiero potem rozpoczęła się przygoda. Wszelkie przejścia pomiędzy drzewami były przewieszone na luźno zwisających linach, bujało więc niemiłosiernie. Ja zaś od urodzenia mam uszkodzony błędnik, a przez to zaburzenia w utrzymaniu równowagi. Wyzwanie więc dla mnie niesamowite. Chociaż tylko z dwoma przeszkodami miałam problem - z jednej zleciałam, na szczęście uprzęż mnie uratowała i pokonałam ją na swój sposób, a w drugiej nie zdążyłam chwycić się po zjeździe linki i wskutek tego znalazłam się na środku linki zjazdowej bez możliwości nabrania samodzielnego rozpędu do ponownego przejechania trasy. Co prawda wiedziałam jak sobie poradzić w takiej sytuacji, jednak dziewczynki z półkolonii były szybsze i zaczęły krzyczeć:
 - Ratunku! Karolina się powiesiła!
Z odsieczą przyszedł mi ksiądz Oskar - ponieważ zjazd znajdował się w niewysokiej odległości od ziemi, złapał mnie za nogi i nadał mi pędu. Uff... udało się. Jeszcze tylko dwie przeszkody i byłam na końcu trasy, gdzie powitano mnie brawami.
Kiedy znalazłam się już na ziemi podszedł do mnie kleryk Bartek, który też jest u nas wychowawcą i stwierdził, że w pewnym momencie, widząc strach w moich oczach, myślał, że zrezygnuję z dojścia do końca i zawołam instruktora, aby mnie ściągnął na dół. Ja jednak przezwyciężyłam swój strach i próbowałam dojść do końca. Może niektóre przeszkody pokonałam na moich warunkach, ale jednak.
A potem spojrzeliśmy oboje w górę na trasę, która dla większości ludzi jest banalna, jednak dla mnie okazała się prawdziwym wyzwaniem i walką z samą sobą.

11 komentarzy:

  1. fajna wycieczka do gospodarstwa i park linowy ja chyba bym się bała Twoje niewielkie gabaryty 154 cm to przy moich 139 to duże gabaryty

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję Karolinko, jesteś dzielna i wytrwała- to piękne cechy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję odwagi. Co do pożegnań, tak one same jak i pisane, są trudne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Karolinko droga, nawet nie wiesz jak Cię podziwiam... Nigdy bym się nie odważyła na przejście trasą linową, choć na pozór jestem pełnosprawna (pisze "na pozór", bo moje lęki, zahamowania i skrupuły uniemożliwiają mi tak wiele rzeczy...).
    Jestem pewna, że pożegnałaś księdza Jacka pięknie - nie mam co do tego żadnych wątpliwości, kochana.
    Pozdrawiam niedzielnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś dzielna :) Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  6. W takim razie brawo za wytrwałość :). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale wspaniała wyprawa. Ja bym chyba miała za duży lęk by pokonać te wszystkie przeszkody ;)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Co nas nie zabije, to nas wzmocni!

    OdpowiedzUsuń
  9. Na mojej wsi ciężko już spotkać krowę, nikt już chyba nie hoduje świnek, właściwie są tylko psy, koty i kury. No i konie, bo jest szkółka jeździecka. Ale furmankę ciężko zobaczyć. Takie czasy nastały, że ludzie rezygnują z uprawiania roli,bo na małą skalę to im się nie opłaca.
    A park linowy? Byłam 1 czerwca. Stchórzyłam.Nawet nie weszłam. A teraz żałuję. Ale masz rację, co się odwlecze, to nie uciecze. :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Basia - następnym razem wchodzisz! Skoro mi się udało to i z Tobą będzie tak samo :)

    OdpowiedzUsuń