Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 24 lipca 2024

1995. XII Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

Przez ponad 20 notatek "katowałam" Was informacjami na temat Letnich Igrzysk Olimpijskich, w których brali udział Polacy. Ale nie myślcie sobie, że przez ten czas nie działo się u mnie nic innego. Co to, to nie. Zresztą jak wielu z Was wie, jestem raczej tym typem człowieka, który raczej nie lubi się nudzić, co nie oznacza, że nie mam czasu na odpoczynek. Na to też znajduję miejsce w moim zakręconym życiu.
W minionym tygodniu miałam okazję wziąć udział w 12. edycji Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich jako wolontariusz. Pierwszy raz byłam na nim dwa lata temu. Już wtedy organizatorzy zapraszali mnie na kolejny, 2023 rok. Niestety, festiwal pokrywał się z moim wyjazdem na Światowe Dni Młodzieży w Lizbonie, musiałam więc zrezygnować. Jednak obiecałam sobie, że w tym roku będzie inaczej i pojadę na ten festiwal biegowy choćby nie wiem co. Tak też zrobiłam, wysyłając zgłoszenie mojej kandydatury na wolontariat, która ostatecznie została zaaprobowana. Potem tylko zmieniłam daty dyspozycji o jeden dzień, ale po prostu będąc skazaną na transport publiczny, musiałam nieco skorygować moje plany, tak aby pogodzić przyjemność z obowiązkami.
A dotrzeć do Lądka - Zdroju, gdzie od początku odbywa się festiwal, nie jest tak łatwo, jeżeli nie ma się samochodu. Z Wrocławia jeżdżą tam dwa busy na dzień, co zmusza do dobrej organizacji całego przedsięwzięcia. Tym bardziej, że do stolicy województwa dolnośląskiego też trzeba jakoś dotrzeć. Ale przy odpowiedniej logistyce jest to wykonalne. Co nie oznacza, że dotarłabym tam w poniedziałek, jak to miałam pierwotnie zaplanowane. Nie zdążyłabym na ostatni bus do Lądka, na szczęście możliwa była modyfikacja grafiku. Podobno w przeszłości do tego uzdrowiska, bo Lądek - Zdrój to kurort uzdrowiskowy, jeździł mój dziadek od strony taty. Ale w tamtych czasach (PRLu) było tam połączenie kolejowe. Do dzisiaj jest jeszcze stacja kolejowa, niestety nieczynna od lat.
Na miejscu zameldowałam się we wtorkowy wieczór (rano zdążyłam jeszcze być w pracy). W tym roku zostaliśmy zakwaterowali w centrum miasteczka. Z jednej strony mieliśmy dalej niż te dwa lata temu do kurortu, gdzie miały miejsce wydarzenia centralne (czyli prawie wszystkie starty i finisze), ale z drugiej strony do sklepów było bliżej. Zostawiłam swój plecak w szkole i pobiegłam na teren kurortu, gdzie mieściło się centrum wolontariatu aby się zameldować. Niestety, głównej koordynatorki już nie było, a więc musiałam wrócić, też truchtem, na miejsce noclegu. Wszystko nadrobiłam następnego dnia rano, kiedy po śniadaniu ponownie udałam się do biura wolontariatu. Tym razem udało mi się i przywitać (Sylwia szczerze się ucieszyła z mojej obecności), i załatwić wszelkie formalności, i odebrać tzw. pakiet wolontariusza. Zaopatrzona w identyfikator oraz koszulkę techniczną mogłam wkroczyć do akcji.
W tym roku moje zadanie ograniczało się do rozdawania medali na mecie w Lądku - Zdroju, i to w wyznaczonych godzinach (niektórzy biegacze finiszowali dosłownie w środku nocy). A więc pełen luz. A nawet za dużo luzu, toteż wkręciłam się w pomoc w wydawaniu pakietów w wydawaniu pakietów. Oczywiście jeżeli nie odsypiałam nocki. Albo nie czytałam książki na noclegu w szkole. Bo trzeba mieć na uwadze, że organizator zapewniał nocleg przyjezdnym wolontariuszom podczas festiwalu, ale raczej w spartańskich warunkach. Ale spokojnie, do nich jestem przyzwyczajona. Choć podejrzewam, że nie wszystkim odpowiadałyby takie warunki. 
Moje dyżury wypadły w czwartkowe przedpołudnie, noc z piątku na sobotę, sobotnie późne popołudnie i niedzielne przedpołudnie. Przed każdą dniówką, dzięki uprzejmości nowopoznanej koleżanki, sprawdzałam jeszcze grafik, czy nic się nie zmieniło w naszych zmianach. Chociaż dyżury trwały kilka godzin, to każdy z nas dostawał w nich trochę przerwy, chociażby po to, aby mógł zjeść obiad, przeszedł się do biura zawodów lub centrum wolontariatu, czy też najzwyczajniej w świecie odpoczął.
Nie jestem w stanie określić ilości wydanych medali, w każdym razie - było ich duuużo. Z jednej strony medali jest zawsze więcej niż startujących, z drugiej zaś, nie wszystkim udawało się ukończyć swój bieg i po prostu po drodze schodzili z trasy. Wpływ na to miało dużo czynników: długość trasy (najdłuższa z nich liczyła aż 240 km po górskim terenie), zmęczenie, gorąc, a także jakieś kontuzje i urazy. Ale jeżeli już dana osoba dobiegała na metę, to na jej szyi zawieszony został medal na odpowiedniej tasiemce, której kolor odpowiadał przebytemu dystansowi. My musieliśmy być na tyle czujni i uważni, aby obdarować ich odpowiednim trofeum. A ekipa strefy mety trafiła nam się naprawdę zgrana i każdy mógł liczyć na każdego.
Najwięcej radości sprawiło mi, kiedy mogłam zawiesić medal na szyi komuś znajomemu, albo przybicie "piątki" najmłodszym uczestnikom biegu. Wiadomo, własne sukcesy cieszą, ale sukcesy innych są nie mniej ważne. I to na różnych polach, nie tylko sportowym.
Podczas uroczystego zamknięcia tegorocznej edycji festiwalu połączonej z dekoracji najlepszych tegorocznych biegaczy, ci z wolontariuszy, którzy jeszcze zostali, zostali zaproszeni na scenę, gdzie dyrektor festiwalu podziękował nam za pomoc i obecność, podkreślając, że bez nas ta impreza by się nie odbyła. 
Ja (i oczywiście jeszcze kilka innych osób) dodatkowo dostałam od Sylwii rewelacyjną bluzę sportową z logiem DFBG, jako podziękowanie za drugi raz mojej obecności na festiwalu. No i oczywiście zaprosiła mnie już na kolejną edycję za rok. Co prawda za rok w podobnym terminie jest Wielki Jubileusz w Rzymie, na którym planuję być, ale jakby mi się tak udało poukładać wszystko i zgrać ze sobą, to może i do Lądku-Zdroju zajrzę na te 3-4 dni, aby coś tam im pomóc w organizacji.

9 komentarzy:

  1. Brawo, jest super zorganizowana, podziwiam Twoje chęci a ja sporo przy TV oglądam olimpiadę, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego, co pamiętam już nie pierwszy raz jesteś wolontariuszką. Gratuluję!
    Piękne są te pamiątkowe zdjęcia.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś wszędzie tam, gdzie dzieją się nietuzinkowe rzeczy!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też nie lubię się nudzić a odpoczywam mając coś w rękach a Ciebie podziwiam za wytrwałość i ten wolontariat. Jesteś wielka!!! A te pamiątkowe zdjęcia będą kiedyś niezłą pamiątką którą będziesz z rozrzewnieniem oglądać. Brawo Ty, jesteś Wielka!!!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Wręczanie medali to chyba najprzyjemniejsza część wolontariatu, najbardziej radosna i wzruszająca. Wolontariusze to siła napędowa wielu wydarzeń, jestem pewna, że Twój szeroki uśmiech wynagradzał trud włożony w dobiegnięcie do mety.

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo, Kartrolino, nieustannie Cię podziwiam, jak również to, co piszesz: Wiadomo, własne sukcesy cieszą, ale sukcesy innych są nie mniej ważne. To jest po prostu piękne!

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetna sprawa ten wolontariat! Podziwiam Twój zapał! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnie nie katowałaś tymi informacjami Karolinko. Zawsze czytam Twoje opowieści z zainteresowaniem. A igrzyskami się interesuję, się dużo dowiedziałam się nie wych rzeczy od Ciebie.
    A za Twoją aktywność nieustająco Cię podziwiam
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  9. "...Podobno w przeszłości do tego uzdrowiska, bo Lądek - Zdrój to kurort uzdrowiskowy, jeździł mój dziadek od strony taty. Ale w tamtych czasach (PRLu) było tam połączenie kolejowe. Do dzisiaj jest jeszcze stacja kolejowa, niestety nieczynna od lat...."

    W roku 1979 lub 1980 dotarłem z Warszawy do Lądka Zdrój pociągiem, a po kilkutygodniowym pobycie w sanatorium, również pociągiem udałem się do Czechosłowacji. Szkoda, że już zlikwidowano ten środek lokomocji-sądziłem, że w Europie, w przeciwieństwie do Ameryki Północnej, pociągi pasażerskie cieszą się o wiele większym powodzeniem. Niestety, w USA i w Kanadzie istnieje ogromna sieć porzuconych tras kolejowych, nawet niedawno natknąłem się na następne tory kolejowe, którymi jeszcze kilka lat temu jeździły pociągi, a teraz czekają na demontaż. Na szczęście wiele takich opuszczonych linii kolejowych staje się szlakami rowerowo-pieszo-konnymi i uwielbiam na nich jeździć!

    OdpowiedzUsuń