Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 30 września 2016

399. Wyjątkowe wakacje

Wakacje powoli przechodzą do historii. Jutro zarzucam plecak na plecy i startuję do szkoły policealnej, po raz kolejny kosztem próby scholi oraz zajęć z dzieciakami w Oratorium. Pocieszam się tym, że to już drugi rok. I że niedzielę mam wolną. W poniedziałek zaś wracam na uczelnie w Krakowie. Mam nadzieję, że nie będę miała żadnej rewolucji w planach zajęć, bo na razie tak mi się ułożyły zajęcia na obydwóch uczelniach, że tylko dwa razy pokrywają mi się zajęcia. Bywało bardziej skomplikowanie. W dodatku ostatni rok ma zazwyczaj to do siebie, że jest na nim mniej godzin do zaliczenia na rzecz pisania pracy dyplomowej. Cieszy mnie też fakt, że na AWFie udało mi się dostać na wymarzoną specjalizację, czyli turystykę motywacyjno - biznesową. Ze wszystkich propozycji ta najbardziej przypadła mi do gustu, w dodatku wydaje mi się najbardziej dopasowana do moich możliwości. Dreszczyku emocji dodaje mi fakt, że na koniec tego roku akademickiego powinnam obronić i tytuł licencjata turystyki religijnej i tytuł magistra turystyki i rekreacji. Oczywiście mam jeszcze traumę z AWFu w Katowicach, gdzie wyleciałam z hukiem tuż przed obroną magisterki i boję się, że i tym razem coś mi pójdzie nie tak, a jednocześnie chcę piąć się do przodu, nie dlatego że, ale mimo wszystko.
Kiedy tak sobie patrzę na moje tegoroczne wakacje przychodzi mi jedna myśl: z całą pewnością było one najlepsze od 5 lat, jeżeli nie w ogóle. Tak wiele się przecież działo. Przede wszystkim weszłam w nie "na czysto", czyli bez żadnej poprawki na wszystkich kierunkach. Te pięć lat temu naznaczone były powtarzaniem do wrześniowej poprawki z angielskiego :/. Tym razem nic, wszystkie przedmioty zaliczone na pozytywne oceny. A to oznaczało, że do października mam spokój. Mogłam więc spokojnie poświęcić się odpoczynkowi i regenerowaniem sił i energii przed nadchodzącym rokiem akademickim.
Maskotka rozgrywek - Super Victor
W wakacje weszłam z rozgrywkami Euro 2016, które tym razem odbywały się we Francji. Pomimo ryzyka wystąpienia ataków terrorystycznych, rozgrywki odbyły się bez większych incydentów. Wiem, niektórzy dziwnie się na mnie patrzą, kiedy mówię że lubię pooglądać sobie rozgrywki piłkarzy, jednak chodzenie przez kilka lat do klasy sportowej, w której miażdżącą większość stanowiła płeć męska(w szóstej klasie byłam nawet jedyną dziewczyną w klasie) musiało mieć jakieś skutki i to nie tylko takie, jak pójście na AWF :P. Oczywiście rozgrywki rozpoczęły się jeszcze w czasie trwania roku akademickiego, a nawet sesji, to mi jednak nie przeszkadzało, aby poświęcić trochę czasu i pokibicować naszym i nie naszym. Wstyd się przyznać, ale bywały mecze, które oglądałam, powtarzając sobie materiał np. do egzaminu z historii kultury, czy też kwalifikacyjnego egzaminy na technika administracji. Pozytywnie zaskoczyła mnie gra polskiej reprezentacji, która grała rewelacyjnie. Ćwierćfinał po ostatnich chudych latach był naprawdę piękną niespodzianką dla wszystkich. Szacun też dla reprezentacji Portugalii - w końcu zostali mistrzami kontynentu.
Przyznawanie punktów za konkurencję - o dziwo nikt nie
marudził, że tak długo to trwa
W czasie Euro w naszej parafii odbywały się tygodniowe półkolonie dla dzieci z podstawówki. Kolejne z moim udziałem jako animatora. Fajnie jest być czasami przydatnym. Tym razem udostępniono nam gmach Miejskiej Biblioteki, dzięki czemu półkolonie mogły być zarejestrowane oficjalnie w kuratorium oświaty. Tematem przewodnim całego tygodnia była przezabawna bajka "Zwierzogród". Kto nie oglądał to szczerze polecam, bo naprawdę można się super bawić. A przy okazji  przekonać się, że nie ma takiego marzenia, którego nie moglibyśmy spełnić. Nawet, gdybyśmy mieli czekać na jego realizację całe życie. Całą ekipą staraliśmy się maksymalnie urozmaicić naszym podopiecznym spędzone z nami chwile, toteż czekały ich takie atrakcje jak wielobój indywidualny oraz grupowy, i wyjście na basen do miejskiego aquaparku, i cały dzień zabaw w Parku Miejskim, i podchody związane z 100 leciem naszego miasta, a w sobotę wszyscy chętni pojechali na wycieczkę do Ogrodu Biblijnego w Proszowicach oraz Parku Doświadczeń w Krakowie. Trochę się musiał człowiek napracować, zwłaszcza kiedy miał stację podczas wieloboju(wszak musiałam przygotować materiały), albo kiedy musiałam opracować takie podchody, ale uśmiech dzieciaków wynagradzał wszelkie trudy. A naszą codzienną pracę wraz z efektami chyba najlepiej obrazuje poniższy film:
A dwa tygodnie później przyszły Światowe Dni Młodzieży, co dla mnie wiązało się z podjęciem funkcji wolontariusza, najpierw podczas goszczenia Włochów w naszej parafii, poprzez posługę podczas sobotniej Mszy świętej na Placu Papieskim w Sosnowcu, aż po przecudowny tydzień w Krakowie, podczas którego też mogłam pełnić posługę jako wolontariusz. W parafii po dłuższej przerwie mogłam sobie przeczytać dwa wezwania z modlitwy wiernych. W Krakowie tak każdy inny wolontariusz dostałam "służbową" koszulkę, pakiet pielgrzyma i całkiem wygodne zakwaterowanie z własnym łóżkiem, a nawet szafką(a ja szykowałam się na halę na setki osób). Pomimo moich obaw zostałam przyjęta przez wszystkich jako swoja, nie miałam nawet problemu większego dogadania się, czy to w rodzimym języku polskim, czy to po angielsku. Widok papieża Franciszka przejeżdżającego tuż obok Ciebie na zawsze pozostanie w mojej pamięci, tak samo jak serdeczność wielu poznanych przez te dni ludzi. Starałam się jak najwięcej wynieść z tego spotkania, zarówno w wymiarze zdobytego doświadczenia, jak i w tym duchowym. O ŚDM możecie jeszcze poczytać >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<<, >>Tutaj<< oraz >>Tutaj<<.
Przed koncertem akordeonowym
Trzy tygodnie po Światowych Dniach Młodzieży nasze miasto obchodziło uroczystość 100-lecia nadania praw miejskich. Stało się to podczas I wojny światowej z okazji... urodzin cesarza Franciszka. A co, niech prężnie rozwijająca się osada też ma jakiś prezent z tej okazji. W sumie to prędzej czy później i tak by to nastąpiło, ale zawsze lepiej, aby to było wcześniej, prawda? Z okazji setnej rocznicy nadania miastu praw miejskich świętowano aż 4 dni. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Mnie osobiście zachwycił występ orkiestr dętych, a szczególnie takiej, która przyjechała z Ukrainy. Godne uwagi było także przedstawienie opowiadające dzieje osady górniczej do czasu nadania praw miejskich, jak również mapping przedstawiający 100 lat Dąbrowy Górniczej. Zawiodłam się natomiast koncertem 100 akordeonów na 100 lecie miasta. Przygotowałam się na moc atrakcji, a tymczasem akordeoniści zagrali zaledwie trzy kawałki. Więcej o rocznicy nadania praw miejskich >>Tutaj<<, >>Tutaj<< i >>Tutaj<<.
Tuż po obchodach stulecia miasta po raz drugi wybrałam się na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Relacja >>Tutaj<<. Z uwagą oglądałam i śledziłam poczynania naszych sportowców i paraolimpijczyków na igrzyskach olimpijskich oraz paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Jako sportowiec mówię stanowcze nie wszelkiemu dopingowi. Ale o tym też wkrótce napiszę. Tutaj niestety zabrakło czasu na notatki, więc niech chociaż mój głos w sprawie dopingu będzie ich namiastką.
Wzruszającym dla mnie momentem była Msza święta dziękczynna za Światowe Dni Młodzieży, podczas której biskup naszej diecezji skierował gorące słowa podziękowania dla wszystkich wolontariuszy pełniących w tych dniach swoją posługę. Taką skromną "zapłatą" za trud i czas, jaki poświęciliśmy naszej służbie, był piknik. Dłuższą relację znajdziecie >>Tutaj<<.
W parku tuż przy jasnogórskim klasztorze
Nazajutrz brałam udział w uroczystych dożynkach miejskich połączonych z pożegnaniem lata, o których napisałam >>Tutaj<<. Osobiście bardzo przeżyłam udział w uroczystym rozpoczęciu jubileuszu 300-lecia koronacji obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, włączając się w akcję Żywej Korony Maryi. Wspominałam o tym >>Tutaj<<. Z całą pewnością na długo w mojej pamięci pozostanie prawe tygodniowa wycieczka do Londynu, dzięki której mogłam poznać kolejną europejską stolicę, a przy okazji postawić nogę na słynnym Oxfordzie. Wyjazd opisałam >>Tutaj<<. Zamierzam jeszcze jedną notatkę poświęcić temu tematowi, ale wciąż czekam na zdjęcia z wyjazdu. 
Mimo ogólnej maszynie antysmoleńskiej postanowiłam udać się na film o największej współczesnej polskiej katastrofie lotniczej. I po wnikliwej obserwacji całej produkcji śmiem twierdzić, że nie doszukuję się w niej oznak manipulacji, czy też narzucania jakiegoś punktu widzenia. Szerzej o filmie - >>Tutaj<<.
Czasami nawet ławka może służyć za statyw :) - w Warszawie
Tydzień temu rzutem na taśmę wybrałam się w jednodniową podróż do Warszawy, aby zobaczyć wystawę "Titanica" oraz zwiedzić Muzeum Historii Żydów. Wystawa "Titanica" szczerze mnie zauroczyła, momentami czułam, że sama znajduję się na jego pokładzie. Na dokładniejszą relację zapraszam >>Tutaj<<. Muzeum POLIN również mnie oczarowało, niestety nie miałam zbyt dużo czasu, aby go zwiedzić. Mimo to w najbliższym czasie postaram się umieścić o nim notatkę, bo naprawdę jest warte zwiedzenia i zastanowienia się nad kruchością ludzkiego życia.
Kulminacją tegorocznych wakacji było dla mnie dziesięciolecie parafialnej scholi, które obchodziliśmy bardzo uroczyście. Zresztą możecie sami o tym się przekonać wchodząc >>Tutaj<<.
Ktoś czytając o moich wakacjach może pomyśleć, że mało sobie odpoczęłam, wszak tyle się wokół mnie działo. To prawda, czasami musiałam wstać i o 5:00 żeby coś zdziałać, ale ja kocham taki aktywny odpoczynek o wiele bardziej, niż leżenie na plaży. To właśnie on najbardziej mnie relaksuje. A tymczasem ja powoli przestawiam się na tryb pracy. Wszak od jutra będzie to mój chleb codzienny.

czwartek, 29 września 2016

398. O "Któż takim jak Bóg", "Bóg uleczył" oraz "Mężu Bożym", czyli notatka na świętych archaniołów

Na początek dziękuję wszystkim za życzenia pod ostatnim postem - wszystkie przeczytałam z wypiekami na twarzy i aż mi się trochę dziwnie zrobiło, wszak dawno nie dostałam tak wielu ciepłych słów. Dziękuję Wam wszystkim serdecznie i aż żal bierze, że w tym wirtualnym świecie nie można dzielić ciastem. Jesteście KOCHANI! A teraz wrócę do notatki dzisiejszego dnia :)

Archaniołowie, istoty ustawione w niebiańskiej hierarchii wyżej od innych aniołów, a zarazem będący ich zwierzchnikiem. Jednocześnie utożsamia się ich z najwyższymi książętami nieba. Archaniołowie tworzyli również jeden z dziewięciu chórów anielski. Zazwyczaj wymienia się ich w liczbie siedmiu, chociaż "Pismo Święte" zdradza imiona tylko trzech z nich - Gabriela, Michała i Rafała. Pozostałe cztery dopisała tradycja. Od czasów Grzegorza Wielkiego jako archaniołów wymienia się:
  • Michał(z ang. Michael)
  • Rafał(z ang. Rafael)
  • Gabriel
  • Uriel
  • Symiel
  • Orifiel
  • Archanioł Gabriel
  • Zachariel
Jak łatwo zauważyć, każde imię poszczególnego archanioła kończy się na "El". Z hebrajskiego owe "El" znaczy tyle co "Bóg". Można więc przypuszczać, że każdy z archaniołów jest specjalnym wysłańcem Boga. Najwięcej wiemy o trzech pierwszych archaniołach, ponieważ ich imiona i właściwości zostały zapisane w biblijnej tradycji:
  1. Gabriel - tłumaczy się jako "Mąż Boży" bądź "Bóg jest moją mocą". W sztuce przedstawiany jest z przepaską na czole, laską w ręku, czy też z kulą ziemską. W swojej odwiecznej misji spełnia rolę posłańca przekazującego ludziom przesłanie od Boga. W starotestamentarnej Księdze Daniela Archanioł Gabriel pojawia się jako istota niebiańska, która przyjęła wygląd mężczyzny. Zwiastuje potężne i mocne działanie Boga w sytuacjach, które z ludzkiego, logicznego punktu widzenia są po prostu niemożliwe. To dzięki Mocy Bożej starzy i bezpłodni już Elżbieta i Zachariasz mogą wydać na świat ostatniego proroka - Jana Chrzciciela. Todzięki Mocy Bożej dokonało się Wcielenie Syna Bożego w łonie dziewiczej Maryi Panny. Archanioł Gabriel spełnił największą rolę w przekazywaniu Bożej tajemnicy w wydarzeniach związanych z historią ludzkiego zbawienia.
  2. Archanioł Rafał
    Rafał(ang. Rafael) - jego imię oznacza: Bóg uzdrawia, Bóg uleczył, Uzdrowienie Boże, Lekarstwo Boże. Można go rozpoznać po stroju pielgrzyma, który trzyma rybę albo butelkę. Jest księciem aniołów. W Księdze Tobiasza przybiera postać ludzką oraz popularne wtedy żydowskie imię Azariasz. To on był towarzyszem i przewodnikiem młodego Tobiasza, kiedy zmierzał w drodze z Niniwy do Raga w Medii. Uzdrowił wtedy ze ślepoty starego ojca Tobiasza oraz uwolnił od złego ducha dręczoną napaściami szatana Sarę. To uzdrowienie od zła fizycznego i duchowego ukazuje nam prawdę o Bogu, który uzdrawia. Na koniec Archanioł dał radę młodzieńcowi, aby ożenił się z Sarą.
  3. Michał - trzeci imienny archanioł biblijny, którego imię tłumaczy się jako
    Archanioł Michał
    "Któż jak Bóg", "Któż takim jak Bóg". Przedstawiany jest jako ubrany w zbroję, z mieczem w ręku, zabijającego smoka lub z wagą, na której ważony jest ciężar dobrych i złych uczynków zmarłego. To jeden z najpotężniejszych duchów niebiańskich. Jest Archaniołem Bożej sprawiedliwości, sądu, łaski oraz zlitowania. Jego imię wyraża wdzięczność i radość za dar istnienia, podziw, zdumienie i uwielbienie dla Stwórcy, jak również jest mistycznym przeżyciem wielkości i dobroci Boga. Jest także wyrazem tego, że nikt i nic nie jest ponad Najwyższym. W imieniu zawarta jest siła do przezwyciężania zła. Według tradycji to on pierwszy ruszył do walki z rzeszą aniołów, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu.

A Wszystkim dzisiejszym solenizantom noszącym te wyjątkowe imiona składam najserdeczniejsze życzenia!

poniedziałek, 26 września 2016

397. A miało być tylko kilka godzin

Kolejny dzień przeszedł do historii. Jeszcze tylko przeczytać trochę "Inferna" Browna i będzie można położyć się spać. Na pozór zwyczajny dzień przepełniony obowiązkami domowymi. Ostatnie pranie i prasowanie przed powrotem na uczelnie, zabawa z kotem, notatka do kroniki parafialnej, samodzielna nauka języka angielskiego(pamiętacie, że w planach mam lot za 2,5 roku na ŚDM w Panamie?), gotowanie obiadu. Ale to właśnie obiad zdradzał, że ten dzień jest po troszku świąteczny. Bowiem frytki zdarzają się u mnie od wielkiego dzwonu. I krojąc poszczególne ziemniaki w talarki, a następnie w paseczki(oczywiście tylko sobie znanym sposobem) śmiałam się sama do siebie myśląc, kto te 26 lat temu mógł przypuszczać, że dojdę do takiego etapu w swoim życiu. Bo oto właśnie dzisiaj wchodzę na kolejny szczebel w latach mojego życia. Kiedy w środowy wieczór 1990 roku pojawiłam się na tym świecie, nikt nie wróżył mi świetlanej i długiej przyszłości. Urodziłam się jako wcześniak, blisko 11 tygodni przed terminem, z zapadłymi płucami i głębokim niedotlenieniem. Dostałam 1 punkt Apgar i miejsce w inkubatorze na intensywnej terapii. W pierwszej dobie mojego życia nastąpiło wodogłowie, jednak nikt nie miał odwagi zoperować tego. Wróżono mi kilka godzin życia, w pośpiechu ochrzczono z wody, bo przecież i tak prędzej umrę, niż w szpitalu pojawi się kapłan. Ale ja przeżyłam pierwszą dobę, a potem następną, i następną. Powoli zaczęłam przybierać na wadze. Po trzech miesiącach zostałam odłączona od respiratora, po pięciu wyszłam z inkubatora. Lekarze nie do końca umieli określić moją przyszłość i dawali różne scenariusze: będzie roślinką, nie będzie mówić i chodzić, będzie upośledzona umysłowo... Oczywiście nie informując o moim podstawowym schorzeniu, czyli o dziecięcym porażeniu mózgowym. Tymczasem ja na przekór wszystkim zaczęłam zdobywać umiejętności potrzebne do samodzielnej egzystencji. Wolniej, bo wolniej, ale zaczęłam raczkować, stawiać pierwsze kroki, w końcu mówić. A potem, w wieku niespełna pięciu lat, podczas zajęć przedszkolnych stało się coś zupełnie nieoczekiwanego - wzięłam leżącą na stoliku książkę i ku zdumieniu wychowawczyń, zaczęłam ją czytać. Wszelkie proroctwa co do mojego upośledzenia umysłowego legły w gruzach. A ja, mimo ograniczeń wynikających z trudności w pisaniu, szłam w edukacji jak burza. Mam nadzieję, że za rok pochwalę się tytułem magistra turystyki i rekreacji uzyskanym równolegle z tytułem licencjata turystyki pielgrzymkowej.
Codziennie cieszę się z kolejnego dnia, jaki mam przed sobą. Wiem Komu za to dziękować, pomimo ograniczeń związanych z moim życiem. Wszak zawsze mogło być gorzej. Albo w ogóle nie być... Może jest mi łatwiej, jako osobie wychowanej w wierze. I absolutnie nie zgadzam się z faktem, że zostałam pokarana, czy też w jakiś sposób wybrana. Widocznie tak miało być. Nie zastanawiam się też, dlaczego to ja jestem niepełnosprawna, bo czasami warto sobie zadać odwrotne pytanie: a dlaczego to właśnie nie ja miałabym być osobą niepełnosprawną? Czyż to nie przez nasz życiowy trud Chrystus przyniesie światu zbawienie? Stało się i nic na to nie poradzę. Muszę żyć z moją chorobą. Cieszę się jednak, że umiem czerpać radość z życia, a wyrazem tego niech będzie poniższa pieśń:
Przepiękna, prawda?

niedziela, 25 września 2016

396. Cynowy jubileusz naszej parafialnej scholi

Dziesięć lat. Dużo to i mało. Właśnie tyle istnieje nasza parafialna schola. Nie śpiewam w niej od początku, wszak nieśmiałość, spowodowana w dużej mierze moją niepełnosprawnością(bo i mówię jak mówię, i poruszam się jak się poruszam), ale zawsze byłam sercem z tą organizacją. Natomiast w samej scholi debiutowałam podczas Bożego Ciała w 2008 roku(czyli prawie dwa lata po jej powstaniu). Od tego czasu praktycznie bezustannie się w niej udzielam(no, chyba że zatrzymają mnie szkolne, rodzinne albo sportowe obowiązki). Lubię śpiewać, lubię w ogóle spotykać się z innymi ludźmi, a schola mi to umożliwia. Nie mam większego problemu z porozumieniem się z innymi jej członkami. Ba, wczoraj na Oratorium doszło do takiej sytuacji, że śpiewaliśmy piosenkę "Religia, miłość, rozum - te trzy". Pierwsze dwie zwrotki jeszcze jakoś nam szły, dalej była cisza. Oczywiście ja znałam wszystko*, dlatego zaczęłam nieśmiało bąkać pod nosem. I nie uwierzycie co się stało - dziewczynki, które śpiewają w scholi, podchwytywały śpiewane przeze mnie słowa :). No pozytywny szok, nie powiem, że nie.
Chociaż schola została powołana na początku września 2006 roku, to uroczystą Mszę świętą rocznicową mieliśmy dzisiaj. W sumie to nie spodziewałam się, że coś w ogóle będziemy działać w tym kierunku, dlatego ucieszyłam się, że o tym pomyśleli. Tydzień temu wzięłam albę do prania, żeby nie była taka ukocurzona jak była. Trzeba się jakoś prezentować na uroczystości, czyż nie?
Tradycyjnie ubogacaliśmy Mszę świętą o godzinie 11:00. Tym razem była to jednak "nasza" Msza, podczas której chcieliśmy podziękować za tą dekadę, podczas której śpiewaliśmy na chwałę Bożą, a dokładniej za "otrzymane łaski z prośbą  o zdrowie, Boże błogosławieństwo, dary Ducha Świętego oraz opiekę Matki Bożej Wspomożycielki i św. Jana Bosko dla wszystkich byłych i obecnych osób śpiewających w scholi Don Bosko – z racji 10 rocznicy istnienia i służby w parafii i dla ich rodzin o miłosierdzie Boże."(uff, skopiowałam ze stronki parafialnej, żeby nic nie przekręcić). Ku mojemu zaskoczeniu, jako jedyna z członków scholi poszłam z kwiatami zanieść je w darze do ołtarza(reszta była rodzinami scholanek). Nawet zostałam utrwalona na zdjęciu:
Na koniec natomiast poszłam rozdać cukierki urodzinowe do wyznaczonych ławek. Nosz... a już miałam poważnie pogadać z niektórymi na temat ubiegłorocznego nicnierobienia. Chyba jednak z tym poczekam, bo, uwaga, uwaga, dostałam do przeczytania rozważanie różańcowe na 16 października... Zastanawiam się, gdzie jest ukryty haczyk, bo to że podczas niedzielnej Mszy świętej w czasie diecezjalnych ŚDM jestem sobie jeszcze w stanie wytłumaczyć(bo wolontariuszka, bo gości u siebie Włochów, bo wieczorem będzie na ŚDM w Krakowie i będzie mały wstyd), ale obecne zachowanie? No chyba, że to taki prezent urodzinowy... Pomijam fakt, że przed Mszą świętą nikt nie wiedział o nich. 
Po Mszy wyszedł do nas nowy ksiądz proboszcz, aby rozdać nam pamiątkowe dyplomy, zaś od naszego opiekuna, księdza F., dostaliśmy czekolady. A kwiaty? Były i kwiaty, które każdy z nas dostał od dziadków jednej ze scholanek. Ostatnim punktem była jeszcze wspólna pamiątkowa fotografia całej scholi z opiekunem oraz z księdzem proboszczem.
Kurczaczki, tak fantastycznie tutaj wyglądamy, że chyba wywołam sobie to zdjęcie i oprawię w ramkę
Kiedy wszyscy udali się do naszej salki, w której mamy swoje stroje, pozwoliłam sobie wyciągnąć przyniesione czekoladki i poczęstować innych z okazji moich jutrzejszych urodzin(pierwszy raz w historii). Wszyscy solidarnie odśpiewali mi "Sto lat" w 120 wersjach. Niektórzy spóźnili się na śpiew i byli niezorientowani w temacie. Oczywiście lotem błyskawicy zostali poinformowani co i jak. Życzeń dostałam co nie miara i to takie prosto z serca. Aż się wzruszyłam przy niektórych. A taką namacalną pamiątką dzisiejszego dnia, oprócz zdjęć rzecz jasna, na pewno będzie pamiątkowy dyplom otrzymany od proboszcza z jeszcze piękniejszym podziękowaniem wewnątrz:

* Przez tą moją pamięć czasami jestem nazywana "świadkiem diabła" :D

sobota, 24 września 2016

395. Kochany, lecą z drzewa jak wtedy kasztany...

Kocham tą piosenkę w wykonaniu pani Ireny Santor. W ogóle lubię wszystkie piosenki pani Ireny, która jest dla mnie mistrzynią polskiej sceny. Jej cło haryzmat i przepiękna barwa głosu sprawiła, że mogę jej piosenek słuchać na okrągło. A powyższa piosenka dosłownie skradła moje serce. Aż mi wstyd, że kaleczę ją fałszując jej słowa od czasu do czasu pod nosem. Doskonale opisuje ona moje dzisiejsze przedpołudnie.
Po wakacyjnej przerwie wróciłam do wolontariatu podczas sobotnich zajęć w naszym parafialnym Oratorium. Oczywiście na tyle, na ile będzie mi na to pozwalał czas, wszak mam jeszcze szkołę policealną, a i perspektywa napisania pracy licencjackiej i magisterskiej(do kompletu brakuje tylko doktoranckiej) czai się w perspektywie. Bo z pogodzeniem Oratorium i prób scholi dam sobie radę, nawet bez klonowania. Trochę denerwuje mnie tylko fakt, że nie mamy jakiegoś większego planu działania, a plan dnia poznajemy dopiero przed samymi zajęciami. Ale do tego powinnam się już przyzwyczaić.
Dzisiaj, jako że mamy już jakby nie patrzeć jesień, na tapetę poszło robienie zwierzątek i ludzików z owoców jesieni, a co za tym idzie musieliśmy iść z nimi do miejskiego parku. No bo kasztany, żołędzie i jarzębina same do Domu Młodzieżowego nie przyjdą.
Zajęcia zaczynają się o godzinie 10:00. Dzisiaj przyszło 9 dzieci. Pamiętam czasy, kiedy było ich i 20, a nawet i więcej. No cóż, czasy się zmieniają, dzieciaki nie są już takie chętne jak kiedyś. A może po prostu brakuje nam reklamy? Na początek modlitwa, wszak byliśmy w świętym miejscu, potem szybkie śpiewanie na rozruszanie, a następnie napisanie regulaminu spotkań(szybcy jesteśmy - dopiero na trzecich zajęciach na to wpadliśmy). A potem? Potem dzieciaki poubierały swoje kurtki i jak błyskawice wybiegły z budynku. Na prawdę, byli szybsi od nas, animatorów. A przecież to my jesteśmy za nie odpowiedzialni!
Na szczęście park miejski mamy tuż za płotem. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dzieciaki szybko znalazły materiały potrzebne do wykonania ludzików i zwierzątek. Dopiero po dłuższym poszukiwaniu znaleźliśmy i dąb, i kasztanowiec, i nawet kalinę z jarzębiną. Tutaj pojawił się kolejny problem - o ile żołędzie już leżały spokojnie na ziemi, a jarzębina i kalina dała się łatwo zerwać, o tyle kasztany wisiały wysoko, o wiele za wysoko dla rączek najwyżej 10-cioletnich dzieci. Na szczęście był z nami ksiądz, który za pomocą swojego wzrostu oraz kijów i patyków strącał kasztany schowane w zielonych skorupkach. Ileż było przy tym krzyku i radości, kiedy dzieciaki biegły za kolejnymi toczącymi się kolczastymi kulkami niczym za piłką. Zasady były proste - kto pierwszy złapie kasztana, tego on będzie. A potem była zabawa z rozbijaniem skorupek, wszak kasztany trzeba wyciągnąć. Czułam się, jakbym miała te 16 lat mniej. A przecież pojutrze kończę 26 :).
Po godzinie wróciliśmy do Oratorium. Najpierw dzieciaki poszły do łazienki umyć łapki, wszak sok z kasztanów potrafi nieźle brudzić(zastanawiam się, jak usunąć czarne kropki z moich jasnych spodni, powstałych wskutek rozbijania łupinek), a następnie pobiegły do góry, gdzie już były przygotowane stoliki i wykałaczki. Nie wiem czy wiecie, ale mając wykałaczkę można spokojnie robić nimi dziurki. Bo ja do dzisiaj nie wiedziałam. Cóż, człowiek uczy się całe życie :). Przez godzinę była taka cisza w Oratorium, że aż ksiądz proboszcz przyszedł zobaczyć, czy zajęcia na pewno się odbywają :-D. Tymczasem spod rąk dzieci wychodziły kolejne ludziki, koniki, żyrafki i pieski, a nawet kosmici. Istny zwierzyniec. A i ja coś od siebie dorzuciłam - żyrafkę. A co - kto z kim przystaje, takim się staje. Dzieciaki były bardzo zaangażowane, nawet chłopiec z ADHD, który zawsze jest nie do ujarzmienia, przez cały czas w skupieniu wykonywał swoje prace.
I tak wspaniała scena została przerwana przez przerwę na posiłek. Menu na dzisiaj - bułki z nutellą(czyli coś nie dla mnie) oraz z dżemem morelowym i jagodowy(to już prędzej), do tego herbata. Skromnie, jak to w Oratorium. Po posiłku pomoc w lekcjach(zazwyczaj pomagam w mojej ukochanej matematyce - dziś tłumaczyłam dzielenie z resztą :D) oraz zabawy wolne. To ostatnie trochę nie wyszło, ponieważ dziewczynki zaczęły się w pewnym momencie kłócić i dokazywać. Nawet zastanawialiśmy się na spotkaniu podsumowującym, w jaki sposób przeciwdziałać takim sytuacjom w przyszłości.
W sumie to nie żałuję, że poszłam tam na te 4 godziny, bo był to naprawdę wartościowy czas. Trochę pobyłam wśród ludzi, trochę pomogłam przy dzieciach, trochę popracowałam manualnie. I nawet dostałam zadanie znalezienie jakiejś ciekawej zabawy ruchowej na przyszły tydzień. Zastanawiam się nad "ruszańcami" z tegorocznych Światowych Dni Młodzieży, czyli utworami "Siewców Lednicy". Tylko czy dam radę im wytłumaczyć ruchy?