Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 13 października 2014

28. Mały cud i poświęcenie

No i stało się. Pozornie "niepotrzebny" Lolek nagle stał się potrzebny. I to gdzie? W samych Wadowicach. Nie na darmo patronem tego niewielkiego miasteczka ogłoszono jego "największego" obywatela - świętego Jana Pawła II. Chcę wierzyć, że to za jego przyczyną doszło do małego cudu - dostrzeżenie w osobie takiej jak ja kogoś, kto może się na coś przydać. Do tego "cudu" z pewnością przyczyniła się moja ciocia, która była jedną z organizatorów festiwalu. Porozmawiała z kim trzeba i tym sposobem zostałam protokolantką całego zdarzenia. Potem wykonała telefon do mnie z zapytaniem, czy podołam temu wyzwaniu. A że Lolek kocha wyzwania, to zgodziłam się bez szemrania. Co prawda nie piszę zbyt dobrze na klawiaturze komputerowej (chociaż i tak robię to sprawniej niżbym pisała odręcznie), na szczęście mam dobrą pamięć, zwłaszcza tą słuchową. Wszystko szło po mojej myśli, aż do czwartku - po powrocie z uczelni czułam się fatalnie. Zażyłam sobie witaminę C i położyłam się do łóżka. W piątek czułam się na tyle źle, że nie byłam w stanie obudzić się o 4 rano, aby na 8 dotrzeć do Krakowa. Trudno. Później samopoczucie poprawiło mi się na tyle, że postanowiłam nie rezygnować z danej mi szansy. Co prawda w weekend miałam zjazd w obydwóch szkołach, na szczęście okazało się, że do Progresu zapisała się dziewczyna, z którą w liceum chodziłam do grupy językowej, więc przynajmniej wiem od kogo wziąć notatki z zajęć. Tym bardziej, że na następnym zjeździe mamy klasówkę z podstaw prawa cywilnego. Wtedy to już muszę być. Gorzej z zajęciami w Żaku - tam nie znam nikogo. Dam sobie jednak jakoś radę. 
Do Wadowic pojechałam w piątkowe popołudnie. Na dworzec autobusowy wyszła po mnie ciocia, która zawsze traktuje mnie jak własne dziecko. W domu czekała już na mnie kolacja przygotowana przez wujka, a także ciepłe, wygodne łóżko. Wieczorem i w nocy czułam się źle, zdołałam jednak dojść na miejsce przesłuchać. Przesłuchania przeciągały się w nieskończoność, a ja przy komputerze walczyłam z katarem i fatalnym samopoczuciem. Ale dałam radę, a sił dodawały mi występy kolejnych podmiotów muzycznych. Kocham muzykę, zwłaszcza sakralną, kiedy ją słyszę, przenoszę się w inny świat. Nauczyłam się nawet grać na organach moimi koślawymi i zesztywniałymi palcami motyw z serialu "Czas honoru":
Nie trudno sobie wyobrazić, że to występy wykonawców wygrały tego dnia z bólem głowy, gardła oraz zatkanym nosem. Przesłuchania trwały od 8 do 20. W tym czasie miałam kilka przerw na rozprostowanie kości, wyjście na świeże powietrze, napicie się herbaty. Z jedzeniem musiałam poczekać na powrót do domu. Na stole były co prawda ciastka, jednak w polewie czekoladowej, a ja na czekoladę jestem uczulona. Nazajutrz gala finałowa była dopiero po 16, dlatego mogłam sobie pochorować aż do 14 (organizatorzy mieli zbiórkę dwie godziny wcześniej). A ponieważ nie wyobrażam sobie niedzieli bez Mszy świętej, to z rodziną cioci poszłam rano na nabożeństwo. Potem pograłam trochę z przyszywanymi kuzynami w "Scrabble", zjedliśmy obiad i poszliśmy do Wadowickiego Centrum Kultury, gdzie odbywał się konkurs. Tym razem wykonawcy wykonywali po jednej piosence, więc poszło w sumie szybko. I mniej było do pisania. 
Żałuję, że nie dane mi było być na konferencji dotyczącej świętości Jana Pawła II - w tym czasie razem z ciocią i jeszcze jedną panią przenosiłam nagrody. I wreszcie przyszła najważniejsza chwila - wyłonienie zwycięzców zmagań. Jury przyznało 12 równorzędnych nagród - każdy laureat dostał pamiątkową statuetkę oraz dyplom, a każdy uczestnik paczkę z upominkami. Bo tak naprawdę każdy tego dnia był wygrany. A symbolizować to miało wspólne wykonanie ulubionej pieśni Jana Pawła II - "Barki". Ponieważ wczorajsza uroczystość skończyła się po 20, nie miałam już ani siły, ani chęci na powrót do mojego miasta, w którym mieszkam na stałe. Na szczęście Wadowice mają dobre połączenie z Krakowem, a i laptopa oraz dyktafon miałam przy sobie. Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia z geografii (aż 4 jednostki lekcyjne), więc nawet nie musiałam się przygotowywać. Co prawda dalej "umieram", ale za to umieram szczęśliwie.

A swoją drogą to dziwne - nigdy nie byłam zaangażowana w pomoc przy festiwalu w moim rodzinnym mieście, za to w tym zupełnie obcym nie mieli żadnych ale. Cud, prawdziwy cud...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz