Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

poniedziałek, 13 października 2014

Mały cud i poświęcenie

No i stało się. Pozornie "niepotrzebny" Lolek nagle stał się potrzebny. I to gdzie? W samych Wadowicach. Nie na darmo patronem tego niewielkiego miasteczka ogłoszono jego "największego" obywatela - świętego Jana Pawła II. Chcę wierzyć, że to za jego przyczyną doszło do małego cudu - dostrzeżenie w osobie takiej jak ja kogoś, kto może się na coś przydać. Do tego "cudu" z pewnością przyczyniła się moja ciocia, która była jedną z organizatorów festiwalu. Porozmawiała z kim trzeba i tym sposobem zostałam protokolantką całego zdarzenia. Potem wykonała telefon do mnie z zapytaniem, czy podołam temu wyzwaniu. A że Lolek kocha wyzwania, to zgodziłam się bez szemrania. Co prawda nie piszę zbyt dobrze na klawiaturze komputerowej(chociaż i tak robię to sprawniej niżbym pisała odręcznie), na szczęście mam dobrą pamięć, zwłaszcza tą słuchową. Wszystko szło po mojej myśli, aż do czwartku - po powrocie z uczelni czułam się fatalnie. Zażyłam sobie witaminę C i położyłam się do łóżka. W piątek czułam się na tyle źle, że nie byłam w stanie obudzić się o 4 rano, aby na 8 dotrzeć do Krakowa. Trudno. Później samopoczucie poprawiło mi się na tyle, że postanowiłam nie rezygnować z danej mi szansy. Co prawda w weekend miałam zjazd w obydwóch szkołach, na szczęście okazało się, że do Progresu zapisała się dziewczyna, z którą w liceum chodziłam do grupy językowej, więc przynajmniej wiem od kogo wziąć notatki z zajęć. Tym bardziej, że na następnym zjeździe mamy klasówkę z podstaw prawa cywilnego. Wtedy to już muszę być. Gorzej z zajęciami w Żaku - tam nie znam nikogo. Dam sobie jednak jakoś radę. Do Wadowic pojechałam w piątkowe popołudnie. Na dworzec autobusowy wyszła po mnie ciocia, która zawsze traktuje mnie jak własne dziecko. W domu czekała już na mnie kolacja przygotowana przez wujka, a także ciepłe, wygodne łóżko. Wieczorem i w nocy czułam się źle, zdołałam jednak dojść na miejsce przesłuchać. Przesłuchania przeciągały się w nieskończoność, a ja przy komputerze walczyłam z katarem i fatalnym samopoczuciem. Ale dałam radę, a sił dodawały mi występy kolejnych podmiotów muzycznych. Kocham muzykę, zwłaszcza sakralną, kiedy ją słyszę, przenoszę się w inny świat. Nauczyłam się nawet grać na organach moimi koślawymi i zesztywniałymi palcami motyw z serialu "Czas honoru":
Nie trudno sobie wyobrazić, że to występy wykonawców wygrały tego dnia z bólem głowy, gardła oraz zatkanym nosem. Przesłuchania trwały od 8 do 20. W tym czasie miałam kilka przerw na rozprostowanie kości, wyjście na świeże powietrze, napicie się herbaty. Z jedzeniem musiałam poczekać na powrót do domu. Na stole były co prawda ciastka, jednak w polewie czekoladowej, a ja na czekoladę jestem uczulona. Nazajutrz gala finałowa była dopiero po 16, dlatego mogłam sobie pochorować aż do 14(organizatorzy mieli zbiórkę dwie godziny wcześniej). A ponieważ nie wyobrażam sobie niedzieli bez Mszy świętej, to z rodziną cioci poszłam rano na nabożeństwo. Potem pograłam trochę z przyszywanymi kuzynami w "Scrabble", zjedliśmy obiad i poszliśmy do Wadowickiego Centrum Kultury, gdzie odbywał się konkurs. Tym razem wykonawcy wykonywali po jednej piosence, więc poszło w sumie szybko. I mniej było do pisania. Żałuję, że nie dane mi było być na konferencji dotyczącej świętości Jana Pawła II - w tym czasie razem z ciocią i jeszcze jedną panią przenosiłam nagrody. I wreszcie przyszła najważniejsza chwila - wyłonienie zwycięzców zmagań. Jury przyznało 12 równorzędnych nagród - każdy laureat dostał pamiątkową statuetkę oraz dyplom, a każdy uczestnik paczkę z upominkami. Bo tak naprawdę każdy tego dnia był wygrany. A symbolizować to miało wspólne wykonanie ulubionej pieśni Jana Pawła II - "Barki". Ponieważ wczorajsza uroczystość skończyła się po 20, nie miałam już ani siły, ani chęci na powrót do mojego miasta, w którym mieszkam na stałe. Na szczęście Wadowice mają dobre połączenie z Krakowem, a i laptopa oraz dyktafon miałam przy sobie. Dzisiaj miałam pierwsze zajęcia z geografii(aż 4 jednostki lekcyjne), więc nawet nie musiałam się przygotowywać. Co prawda dalej "umieram", ale za to umieram szczęśliwie.

A swoją drogą to dziwne - nigdy nie byłam zaangażowana w pomoc przy festiwalu w moim rodzinnym mieście, za to w tym zupełnie obcym nie mieli żadnych ale. Cud, prawdziwy cud

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz