Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

wtorek, 21 października 2014

Z wizytą w Kromieryż

W zeszłym roku byłam na pilotażowej wycieczce do Włoch, zorganizowanej przez tatę jednego z moich szkolnych kolegów, pana M. Dużo wtedy zwiedziliśmy, dużo się dowiedzieliśmy, a ponieważ cała wyprawa została przygotowana scripte pod kontem osób niepełnosprawnych, to niemal każdy z nas był usatysfakcjonowany. 
video
Już wtedy mówiło się o całej serii wypraw, w których brali by udział osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności. A że zawsze lubiłam podróżować i jestem osobą raczej nie sprawiającą kłopotów, bardzo ucieszyłam się z tej wiadomości. Zgodnie z obietnicą pan M. zadzwonił do mnie pod koniec ubiegłego roku z informacją, że planowana jest pięciodniowa wycieczka do Czech, Wiednia oraz Budapesztu. Nie wahałam się ani trochę. Przyznam szczerze, że gdyby nie możliwość płacenia ceny wyprawy w ratach, to może i bym się zastanawiała, ale tak stwierdziłam, że dam radę. Wyjechaliśmy z Polski o godzinie 5 i jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Kromieryż - siedziby arcybiskupów Morawskich. Przed wycieczką przeczytałam sobie co nieco o tym mieście nie tylko z informacji zawartych na Internecie, ale i moich książek do geografii. Dzięki temu mogłam sobie prześledzić jego historię oraz poznać najważniejsze zabytki. Pierwsze co ujrzałam w tym w sumie niewielkim mieście to budynek uniwersytetu wydziału prawa. 
A potem poszliśmy do kościoła:
Trzeba się pomodlić o dobrą pogodę :-)
Bo jak na razie to wieje i wieje...
W mieście zachwyciła mnie przede wszystkim przepiękna starówka, która przypominała mi naszą rodzimą starówkę w Warszawie. Zresztą sami zobaczcie:
Nie mogło zabraknąć zdjęcia grupowego na tle pałacu arcybiskupa
Jednak naszym głównym punktem tego dnia był pałac arcybiskupi(widać go na zdjęciu powyżej). Bo chociaż państwo ogłosiło rozłam od kościoła katolickiego, to jednak nie mogło zrezygnować ani ze świątyń, ani z tytułów kapłańskich. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam w sieci stronę o pałacu i to po polsku(>>KLIK<<). Warto wiedzieć, że pałac w Kromeriż jest jednym z największych zabytków na Morawach od 1100 roku, kiedy osadę kupiecką kupił biskup ołomuniecki - Jan II. Od tego czasu stał się siedzibą biskupów i arcybiskupów ołomunieckich. W 1261 roku Kromeriżowi nadano prawa miejskie oraz wprowadzono hołd lenny. Sprowadzono również cały zarząd administracyjny biskupstwa. W czasie posługi biskupiej Stanisława Thurzy zamek został przebudowany na pałac renesansowy. W 1643 roku miasto zostało zdobyte i zniszczone przez wojska szwedzkie. Odnową zajął się biskup Karol z Lichtensteinu. Na podstawie cesarskich projektów pałacowi nadano dzisiejszy wygląd. Kolejnym ciosem dla pałacu był wybuch pożaru w mieście w 1752 roku, kiedy zniszczeniu uległo drugie piętro budynku. Poszczególne części pałacu w przeszłości hierarchizowano - na parterze znajdowały się pomieszczenia gospodarcze, pierwsze piętro przeznaczone było na pomieszczenia reprezentacyjne, natomiast na drugim umieszczono biskupią władzę świecką i urzędową. W 1998 roku obiekt wraz z przylegającymi do niego ogrodami wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego - UNESCO. Dzisiaj w pomieszczeniach znajduje się muzeum, które mieliśmy okazję zobaczyć. Wcześniej jednak przechadzaliśmy się po ogrodzie, delektując ich pięknem.
Takie bażanty mogliśmy zobaczyć w przypałacowym ogrodzie
Kolejno przemierzaliśmy Salę Myśliwską, Różowy Salon, Pokój Narad, Salę Carską, Salę tronową, Małą jadalnię, Salę sejmową, Salę lenną. Kiedy weszliśmy do starej biblioteki serce szybciej zaczęło mi bić. W takich warunkach mogłabym pracować...

Po zwiedzeniu pałacu każdy chętny mógł wejść na wieżę widokową znajdującą się na terenie. No, może z wyjątkiem osób na wózkach, bo na górę prowadziły kręte schody. Mnie też odradzano wyjście, że sobie niby nie poradzę. No nie, wieża widokowa w Licheniu była o wiele większa i miała o wiele więcej stopni i jakoś tam wyszłam. Tak było i tym razem. Po prostu zamiast mówić nie da się, wolę powiedzieć da się i potem ewentualnie się martwić. Widok z wieży przedni. Następnie przeszliśmy do innego ogrodu wchodzącego w skład pałacu, który znajduje się w innej części miasta. Był on o wiele ładniejszy od tego, który przylega do samego pałacu. Zresztą sami zobaczcie.
Jak ktoś kiedyś natknie się na kurs typu jak wychodzić na zdjęciach, to niech da znać - chętnie się zapiszę
Palmiarnia
Niestety, nie zdążyłam wymienić złotówek na korony, więc moją jedyną pamiątką, oprócz oczywiście tych zdjęć, jest mapa miasta dawana za darmo w informacji turystycznej oraz bilet wstępu do pałacu arcybiskupa. Zawsze coś. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz