Mówi się, że pierwsze jest najważniejsze i od niego zależy nasze postrzeganie danej osoby. O tym jak ważne jest pierwsze wrażenie rozpisywali się nawet psychologowie. Kiedy na AWFie, a wcześniej w liceum, zobaczyłam moje nauczycielki języka angielskiego, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Ich gęby po prostu to zdradzały. I nie myliłam się. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o wymagania wobec ucznia, bo te powinny być jak najwyższe (a zarazem adekwatne do poziomu zaawansowania), ale do nastawienia co do możliwości osób niepełnosprawnych. Swoją drogą to nie mogę zrozumieć tego, że egzamin maturalny mogłam bez problemów pisać na komputerze, a takiej klasówki już nie.
Dzisiaj były pierwsze zajęcia z języka niemieckiego na Uniwersytecie Papieskim i jestem pod wrażeniem. Zacznijmy od tego, że germanistka od początku śmiała się jak najbardziej szczerze. Jest to bowiem pierwsza nauczycielka języka niemieckiego, która wyrażała tą emocję (bo śmiech babki w podstawówce i gimnazjum bardziej przypominał rechot czarownicy, a ta z liceum to była typowa mumia). Od razu atmosfera zrobiła się sympatyczniejsza. Po drugie, uwaga, uwaga, nie miała większych kłopotów ze zrozumieniem tego, co mówię. Po angielskim na AWFie co prawda taka uwaga aniby mnie ziębiła, ani parzyła. A tu taka niespodzianka. Mieliśmy już autoprezentację w języku naszych zachodnich sąsiadów i wszystko było w porządku. No i najważniejsza sprawa - wszystkie kolokwia będę mogła pisać na komputerze. Z pełnym zrozumieniem przyjęła moje tłumaczenie, dlaczego nie jestem w stanie pisać ręcznie. I pomyśleć, że wcześniej musiałam anglistce przedstawiać całą dokumentację medyczną i zaświadczenie od lekarza specjalisty, że z powodu atetozy nie napiszę ręcznie żadnego pisemnego kolokwium. Człowiek człowiekowi nierówny.
Mam tylko nadzieję, że moja radość nie jest na wyrost i na następnych zajęciach nie zacznie z niej "wychodzić prawdziwa cholera". Ale czy w takim razie warto będzie się kolejny raz męczyć z kimś, kto nie widzi ciebie w roli studenta, nie ze względu na Twoją wiedzę (lub raczej jej brak), ale schorzenia z którym się zmagasz... Wiecie co, po blisko 7 semestrach użerania się z anglistką na AWFie nie mam już chyba siły na przeżycie czegoś takiego po raz drugi...
Mam tylko nadzieję, że moja radość nie jest na wyrost i na następnych zajęciach nie zacznie z niej "wychodzić prawdziwa cholera". Ale czy w takim razie warto będzie się kolejny raz męczyć z kimś, kto nie widzi ciebie w roli studenta, nie ze względu na Twoją wiedzę (lub raczej jej brak), ale schorzenia z którym się zmagasz... Wiecie co, po blisko 7 semestrach użerania się z anglistką na AWFie nie mam już chyba siły na przeżycie czegoś takiego po raz drugi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz