Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 20 listopada 2023

1773. Dwa światy

Po dłuższej przerwie schola wróciła do śpiewania. Tradycyjnie już, jak w każdą niemal niedzielę, wybrałam się na Mszę świętą o godzinie 10:00, aby wraz z innymi jej członkami ubogacić nabożeństwo śpiewem. Zostały nas jakieś niedobitki, zastanawiam się, czy nadejdą jeszcze czasy, kiedy będzie nas ponad czterdziestka, a wręcz zastanawiam się, jakie czynniki muszą zajść, aby tak się stało. Nie chcę być złośliwa, ale odpowiedź nasuwa mi się jedna i jest dość oczywista. I znając moją awersję do niektórych księży można się domyśleć, jak ona brzmi. Chociaż zdaję sobie sprawę, że na taki stan rzeczy nałożyło się kilka czynników. Po Mszy krótka modlitwa wspólnotowa (z roku na rok wydaje mi się ona coraz krótsza), jakaś wzmianka o świętej Cecylii, której wspomnienie przypadało w kolejnym tygodniu. I tyle, mniej niż można się spodziewać. Jesteśmy, ale tak, jakby nas nie było.
Wieczorem natomiast podjechałam na drugą w tym dniu Mszę świętą, tym razem akademicką, prowadzoną przez nasze Duszpasterstwo Akademickie. Na koniec każdego czwartkowego spotkania ksiądz Krzysztof ponawia zaproszenie do nas, jego członków, aby przyjść na nią. Jest to bowiem okazja nie tylko do wspólnej modlitwy, ale też do zintegrowania się z członkami innych wspólnot duszpasterskich. Kiedyś niedzielne Msze święte odbywały się w krypcie archikatedry Chrystusa Króla w Kato. Teraz jest ona jednak zamknięta z powodu remontu, a na ten czas Msze zostały przeniesione na Wydział Teologiczny Uniwersytetu Śląskiego.
Pierwszy raz odpowiedziałam na zaproszenie w zeszłym tygodniu. Akurat trafiłam na rocznicę przyjęcia chrztu świętego, a tym samym wiary chrześcijańskiej, przez przybyłego z Bliskiego Wschodu Ibrama. Jak można się domyśleć, Ibram wcześniej był muzułmaninem, ale tak zafascynował się katolicyzmem, że postanowił przejść na niego. Na Mszy spotkałam kilkoro ludzi z "piekarnika", ale były i nowe twarze. 
W tym tygodniu postanowiłam to powtórzyć, pomimo wcześniejszej obecności na Mszy w mojej parafii. Wymaga to ode mnie pojechania do Kato autobusem ok. 18:55, ale co tam. Zawsze da się to przeżyć. A swoją drogą przypomina to mnie sprzed 13 lat, kiedy też zaliczałam dwie Msze pod rząd, tyle że w mojej parafii - jedną scholową, a drugą oratoryjną. I na obydwóch śpiewałam. Ech, to były czasy...
Tego dnia swoje święto miała akademicka schola, która tłumnie zebrała się w kaplicy i ubogacała nabożeństwo swoim śpiewem oraz ministranci, którzy też świętowali. Tylko do końca nie wiem co, bo co do scholi, to było oczywiste, że świętą Cecylię. Gościnnie na Mszy pojawił się jeden z moich ulubionych wykładowców, ksiądz Bartosz. Nie, nie mam z nim zajęć, bo swoje wykłady z muzyki kościelnej (ma doktorat zdobyty na Akademii Muzycznej) prowadzi z klerykami. Ale zawsze mi odpowiada na uczelnianym korytarzu na moje nieśmiałe "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" tudzież dużo krótsze (ale nie łatwiejsze w wymowie) "Szczęść Boże". I zawsze robi to z tak sympatycznym uśmiechem, jak na zdjęciu po lewej stronie. Nie sposób się w nim nie "zakochać". Jego doświadczenie zostało docenione na tyle, że przez jakiś czas prowadził chór w archikatedrze. Nic dziwnego, że ksiądz Krzysiu to właśnie jego poprosił o koncelebrację Mszy świętej, i jako specjalistę od śpiewu - o wygłoszenie kazania.
To zaś dotyczyła postawy scholistów i ministrantów przy ołtarzu. Że to nie oni powinni być w centrum uwagi, niczym gwiazdy, chociaż wszyscy na nich patrzą, ale Krzyż. Jestem tego samego zdania, i chociaż obecność ministrantów przy ołtarzu jest dla mnie oczywistością, to jednak uważam, że schola powinna stać gdzieś z boku, albo na chórze. Zwłaszcza po tym, co usłyszałam podczas obrad przedsoborowych wspólnot parafialnych od niektórych mam. Miałam wrażenie, że bardziej im zależy na tym, aby ICH dzieci były dostrzeżone niż samym dzieciom. Podczas kazania ksiądz Bartek wykazał się też poczuciem humoru, m.in. opowiadając o swoim spotkaniu z zespołem Dues Meus.
To skupienie podczas Przemienienia. Tak, oni wierzą w to, co się dzieje na ołtarzu. 
Nie mogło zabraknąć wspólnego zdjęcia po skończonej Mszy.
Po skończonych obrzędach i pamiątkowym zdjęciu, większość z nas udała się do ośrodka Duszpasterstwa Akademickiego. A tam czekało na wszystkich przyjęcie-niespodzianka przygotowane przez księży i wtajemniczonych animatorów. Okazją do niego było właśnie wspomnienie świętej Cecylii. Jeszcze bardziej poczułam przepaść, dzielącą parafialną scholę od DA. Czy u nas ktoś zdecydowałby się na przyjęcie z okazji patronki śpiewu? Nawet gdyby człowiek poddał taką propozycję i zaproponował, że wszystko ogarnie, to pewnie i tak nic by z tego nie wyszło. Tutaj, tutaj jest zupełnie inaczej. Nawet inaczej, niż mogłam to sobie wyobrazić. Kurczę, mam wrażenie, że ten ksiądz Krzysztof naprawdę przykłada się do powierzonej mu roli. Że mu się chce. Że dba o wszystkie wspólnoty, które ma pod sobą, tak samo, jak zauważa każdego z osobna. I to zauważa go przez jego zasoby. A to zaś sprawia, że nam też się chce.
Wesołym rozmowom mogłoby nie być końca, jednak powoli zbliżał się czas odmówienia wspólnotowych nieszporów, na które udaliśmy się do Oratorium. Trochę mi było szkoda, że ksiądz Bartek musiał już iść, ale obowiązki go wzywały. Ja też musiałam się zbierać do domu. Było już po 22, a ja musiałam jeszcze dojechać komunikacją miejską do mnie. Na do widzenia zderzyłam się z księdzem Krzysiem na przedpokoju.
 - Musisz już iść - zagadał. Pokiwałam głową. I wtedy poczułam, że przejeżdża mi kilkakrotnie po głowie. - Cieszę się, że do nas dołączyłaś - dodał z uśmiechem.
Idąc na autobus pomyślałam sobie, że ja też się z tego cieszę. I ze znajomości z księdzem Krzysiem też. Chociaż wiem, że kiedyś, prędzej czy później, będziemy musieli ją zakończyć. Bo pewnie zostanie przeniesiony na inną placówkę. Nikt nie wie kiedy, ale kiedyś na pewno.

8 komentarzy:

  1. W tym roku Boże Narodzenie będzie dla mnie najcięższe w całym życiu, ale Tobie Karolinko życzę by było jak najpiękniejsze. Dziękuję za słowa pocieszenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że dołączyłaś do tamtej wspólnoty - jak czytam, tam możesz znaleźć to, czego potrzebujesz, co do tych parafialnych póki co miałabym marne nadzieje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pieknie spędzony czas, a z chórami i scholami to wszędzie brak chętnych, moj chór miał kiedyś 100 os9b a teraz 11, średnia od 73 do 80.Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla wierzących jest teraz cudny, gęsty od dobrych emocji czas. I cieszę się ,że się z nami nim dzielisz.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdy śpiewałam w chórze kościelnym, tez mieliśmy spotkania z poczęstunkiem w dniu św.Cecylii w małej salce i nawet tańce były:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  6. Podziwiam Cię za taką aktywność..tyle robisz, działasz, uczysz się pracujesz...ach..Super!! Serdecznie pozdrawiam..Wrociłam na poprzedniego bloga aby być z Wami:):)

    OdpowiedzUsuń
  7. No cóż ... pamiętam że tu pisałam komentarz ale niestety zasnęłam nad laptopem, sorry . Podziwiam Cię Karolinko że Ci się chce i że masz taki apetyt na życie. Tak trzymaj bo ludzie którzy tak są aktywni nie narzekają nigdy na nudę i brak towarzystwa.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdzie muzyka chóralna nie brzmi tak doskonale jak w kościele. To cieszy, że wiele parafii dba o tę formę oprawy nabożeństw. Może nie jest to najważniejsze, ale jednak dodaje wzniosłości.

    OdpowiedzUsuń