Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

środa, 9 sierpnia 2023

1670. Czy zło może być większe lub mniejsze?

Zauważyłam, że kiedy nadchodzi 8 dzień miesiąca, to od trzech miesięcy, czyli od dnia, w którym zmarł ciężko pobity i poparzony Kamilek z Częstochowy, większość członków poświęconej mu grupy na facebooku wpada w jakąś manię. Pluje jadem na rodzinę, znajomych, wszystkich mieszkańców Częstochowy, że nikt nic nie zrobił. Czasami zastanawiam się, czym oni myślą - mózgiem, czy palcami. Każda próba wytłumaczenia im, że nie ma sensu wrzucać wszystkich do jednego worka i że może lepiej, aby poszukali dzieci potrzebujących wsparcia w swoim otoczeniu, bo tak najbardziej zadośćuczynią krzywdzie wyrządzonej Kamilkowi (jeśli już czują taką potrzebę) jest wyszydzana. No tak, w sieci każdy jest taki "mądry" i "wspaniałomyślny", ale jak przychodzi co do czego, to raczej nikt nie kwapi się do pomocy. Taka ta nasza polska natura.
Inną sprawą jest to, w jakim stanie byłby Kamil, gdyby jednak udało mu się przeżyć. W jakim stopniu doznane obrażenia wpłynęłyby na jego dalsze życie. Czy mógłby normalnie funkcjonować, biegać, jeść, pić, śmiać się i uczyć, czy może powstałe w wyniku pobicia i poparzenia obrażenia skazałyby go na wegetacje z tracheotomią i gastrostomią. Może nie byłby świadomy swojego bytu. Może wyłby z bólu wynikającego z przykurczy mięśni lub blizn na skórze. Może czekało by go życie zbliżone do życia Moniki, dziewczyny o której przeczytałam w 2019 roku. Pozwólcie, że się z Wami podzielę jej historią.

Kiedy Monika miała dwa latka, została przez rodziców skatowana do nieprzytomności. Trafili za to do więzienia, dziewczynkę natomiast umieszczono w placówce opiekuńczo - wychowawczej. Nie zwróci to jednak zdrowia dziewczynce, która już do końca życia będzie musiała poruszać się na wózku inwalidzkim. Prawna opiekunka Moniki szukała rodziny, która chciałaby i mogła ją zaadoptować.
Monika urodziła się w 2004 roku. W maju 2019 roku, kiedy ten artykuł pojawił się w sieci, powinna kończyć ósmą klasę i wybierać szkołę średnią, w której chciałaby kontynuować edukację. Powinna myśleć o zbliżających się wakacjach i o tym, jak chce je spędzić. Mogłaby chodzić z koleżankami do kina, posiadać konto na Facebooku, a na Instagramie czarować swoją urodą - pięknym uśmiechem, ogromnymi ciemnymi oczami oraz gęstymi oczami zebranymi w dziewczęce kitki i szczupłą sylwetką.
Mogłaby żyć zupełnie jak jej bliźniacza siostra, która miała w życiu więcej szczęścia. Być może w październiku 2006 roku, kiedy wydarzyła się tragedia, siostra Moniki płakała ciszej? A może Monika zwyczajnie była bliżej i łatwiej dostępna dla rodziców, którzy wpadli w szał.
W epikryzie oddziału intensywnej terapii pediatrycznej można wyczytać: "Dwuletnia dziewczynka, przywieziona karetką R (...), po urazie czaszkowo - mózgowym doznanym najprawdopodobniej w dniu 13 października 2006 roku w wyniku pobicia. Z wywiadu wiadomo, że dziecko zostało znalezione w domu, nieprzytomne". Napisano też, że na skórze głowy, czoła, brody, policzków, szyi, klatce piersiowej oraz jamie brzusznej widoczne są liczne zasinienia, podobnie jak na nogach dziewczynki. Dziecko było "w stanie bardzo ciężkim", "z licznymi drgawkami", u którego przeprowadzone badania wykazały także powiększoną wątrobę. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń: "niedokrwienny udar prawej półkuli mózgu z masywnym obrzękiem". Konieczne było wprowadzenie Moniki w stan hipotermii.
Trzy tygodnie później przekazano ją do dalszego leczenia w klinice neurologicznej w stanie poprawy i przytomne, ale bez kontaktu. Sadystyczni rodzice trafili do więzienia (dostali karę 7 lat pozbawienia wolności za znęcanie się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem, pozbawiono ich też władzy rodzicielskiej, która nigdy nie zostanie im przywrócona), a bliźniaczkami zaopiekowało się pogotowie rodzinne. Niestety, w wieku 7 lat Monika została oddana do Zakładu Opiekuńczo - Leczniczego w Jaszkutlu pod Wrocławiem. Zakład ten jest prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej. Przebywa w nim kilkadziesiąt dzieci w wieku od kilku miesięcy do 18. roku życia w ciężkim stanie zdrowia z różnymi niepełnosprawnościami. Monika w wyniku pobicia przez własnych rodziców cierpi na mózgowe porażenie dziecięce pod postacią niedowładu spastycznego czterokończynowego, ma niewładną rękę. Zdiagnozowano też u niej epilepsję. Podczas pobytu w Jaszkotlu przeszła wiele operacji ortopedycznych. Porusza się wyłącznie na wózku inwalidzkim.
Tam poznała ją pani Barbara, która jako wolontariuszka pomagała zorganizować paczki świąteczne dla dzieci mieszkające w ZOL-u. Dziewczynka szybko skradła jej serce. 
Od tej pory wrocławianka często odwiedzała dziewczynkę w Jaszkotlu, zabierała ją też do siebie chociażby na święta. Monika szybko zaczęła mówić do niej "mamo". Jak wspomina pani Barbara: "Kiedy to najpiękniejsze na świecie słowo usłyszałam od niej pierwszy raz, serce biło mi jak oszalałe. Tak samo jak wtedy, gdy moje własne dzieci je wypowiedziały, gdy były maleńkie".
Przez jakiś czas Monikę w ośrodku odwiedzała jej siostra bliźniaczka wraz z rodzicami zastępczymi. Wtedy najbardziej było widać kontrast pomiędzy nimi. Jedna to zdrowa i dorodna dziewczyna, a druga jeżdżąca na wózku, o której wiadomo, że już nigdy nie będzie w pełni samodzielna. A wszystko dlatego, że została skatowana przez rodziców do nieprzytomności. Cytując słowa pani Barbary: "Powiedzieć, że postąpili okropnie, to nic nie powiedzieć".
Oburzające może wydawać się to, że po wyjściu z więzienia matka dziewczynki wnioskowała do sądu o możliwość kontaktu z córką. Bezskutecznie, sędzina była bowiem wyraźnie wstrząśnięta szczegółami pobicia dziewczynki, znajdującymi się w aktach.
Barbara wraz z mężem bardzo chcieli adoptować niepełnosprawną dziewczynkę, na przeszkodzie stanęły względy formalne. Według art. 114 Kodeksu rodzinnego "różnica wieku pomiędzy przysposabiającymi, a przysposobionymi powinna być odpowiednia". W praktyce oznacza to, że wiek rodziców adopcyjnych nie powinien przekraczać 40 lat. Pani Barbara wraz z mężem nie spełniali tego warunku.
Małżonkowie podjęli więc próbę znalezienia rodziny mogącej przysposobić nastolatkę. Jest to dosyć skomplikowane i trudne, ponieważ dziewczynka ma zdiagnozowaną niepełnosprawność w stopniu umiarkowanym, a ponadto potrzebuje specjalistycznej i systematycznej opieki oraz rehabilitacji. Wymaga systematycznego zmieniania ortez na kończyny dolne oraz porażoną rękę, ponieważ z posiadanych wyrasta w błyskawicznym tempie. Pani Barbara miała nadzieję, że dziewczynką zainteresuje się jakaś zagraniczna rodzina. Nie od dzisiaj wiadomo, że tam opieka nad osobami niepełnosprawnymi jest dużo bardziej zorganizowana. W Polsce ten system niestety kuleje.
Monika jak najbardziej na to zasługiwała. Jak podkreślała pani Barbara, Monika to cudowne dziecko, "mimo całego nieszczęścia, jakie ją spotkało, jest pogodna, rozśpiewana, uwielbia brać udział w przedstawieniach i recytować wiersze. I bardzo potrzebuje miłości.
Monika

Czasami myślę, że może lepiej, że on umarł. Oczywiście, ta tragedia nie miała prawa się zdarzyć. Nic nie usprawiedliwia ludzi znęcających się nad dziećmi, zwłaszcza bezbronnymi, takimi, które same się nie obronią same. Nic nie usprawiedliwia organów, które nie zareagowały na to, co się działo za drzwiami tego mieszkania. Zwłaszcza, że chłopiec przychodził do szkoły wyraźnie pobity i połamany. Ale też nic nie usprawiedliwia ludzi, którzy obwiniają całe społeczeństwo o tą tragedię, wrzucając całą społeczność do jednego worka. Nie, nie jestem za eutanazją, bo może tak wynikać z tego wpisu. Jestem za życiem. Ale też nie jestem za uporczywą terapią. A czytając o Kamilku mam wrażenie, że na tym by się skończyło. Czy to byłoby dobre rozwiązanie? I tak, i nie. Tak - bo żyłby dłużej, nie - bo prawdopodobnie było by to życie w bólu. Permanentnym bólu. I w dodatku, być może, w takich warunkach jak Monika... Trudno tu nawet mówić o wyborze większego lub mniejszego zła, bo nie ma miary, jaką można by było to wszystko zmierzyć.