Wielu z Was mieszka na wsi. I przedstawia to życie na wsi. Z Waszych opowieści wyłania się kochanowska "wsi spokojna, wsi wesoła". Tylko na jednym blogu czytam o tym, że rodzina jego właścicieli pracuje w polu, aby przeżyć. Reszta nie pisze nic na ten temat, a więc albo się tego wstydzi, albo nie ma z tym nic wspólnego.
Tymczasem miałam okazję poznać na własnej skórze jak wygląda życie na wsi od tej drugiej, ciemniejszej strony. Oboje moi rodzice wywodzą się z rolniczych rodzin, gdzie dzieci od najmłodszych lat pomagały w pracy w polu. I to nie był wyjątek, tak funkcjonowała albo większość (jak w przypadku mamy), albo cała wspólnota (jak w przypadku taty) wiejska. Nawet jeżeli komuś udało się zatrudnić w jakimś zakładzie, to i tak po powrocie do domu idzie do pracy w polu czy też do obory oporządzić zwierzęta. I tak świątek, piątek i niedziela, bo przecież jak w niedzielę zbiera się na deszcz, a siano jest jeszcze na polu, albo krowy muczą w oborze, bo czekają aż je ktoś nakarmi i wydoi, to nikt nie będzie bezczynnie stał tłumacząc się, że w "niedzielę i święta nakazane uczestniczyć we Mszy świętej i powstrzymywać się od prac niekoniecznych". W poniedziałek z siana może już się zrobić kiszonka, a krowy ani się same nie nakarmią, ani nie wydoją. Nawet jak ma się elektryczną dojarkę, to trzeba i ją włączyć, i potem opróżnić, aby mleko nie "skisło". Nie mówiąc już o wykidaniu* gnoju. Nawet moi rodzice jak żyli dziadkowie to brali urlop i jechali pomóc a to w żniwach, a to w wykopkach.
Praca na wsi to ryzyko różnych wypadków i to od najmłodszych lat. Mój tata ze swoim młodszym o kilkanaście lat bratem tak cieli pokrzywy na sieczkę, że kilkuletniemu Szczepciowi ucięło trzy palce u ręki. Kilka lat później Szczepcio bawił się zapałkami w pobliżu stodoły. Resztę dopiszcie sobie sami. Powiem Wam tylko tyle, że przysiółek, w którym mieszkali znajdował się jakieś trzy kilometry od wsi bez elektryczności. Zanim przybyła jakakolwiek pomoc, wszystko poszło z dymem (a byli dopiero co po żniwach), wszyscy pilnowali tylko, aby ogień nie rozprzestrzenił się na pozostałą zabudowę, która była drewniana. Inny brat mojego taty klapnął sobie tyłkiem w żarzące się jeszcze ognisko. Babusia leczyła go sadłem z niedźwiedzia. Z nowszych wypadków zdarzyło się, że jednego z kuzynów ugryzł pies, innego żmija, a jeszcze inny podczas rąbania drewna (w wieku 12, 13 lat) wbił sobie siekierą w udo. O potłuczeniach w wyniku upadku już nie wspomnę. Chociaż moja babcia tak nieszczęśliwie upadła na drodze, że złamała sobie kręgosłup. Na szczęście nie uszkodziła rdzenia kręgowego. Ale pogotowie w Wadowicach miało dylemat, czy wysłać do nich karetkę pogotowia (górska droga pełna kamieni), czy może helikopter. A okolica bajeczna, z cudownym widokiem na Babią Górę...
Od strony mamy też nie obyło się bez wypadków. Jeden z braci mojego dziadka utonął kiedyś podczas prac w polu w okolicznym rowie. Jego historia bardzo przypomina mi historię Tadeusza z nowelki Elizy Orzeszkowej o tym samym tytule. Zawsze, kiedy słyszałam historię małego Jasia miałam przed oczami fikcyjnego Tadeusza i na odwrót. Zresztą chyba nawet byli w podobnym wieku, kiedy się utopili. Pradziadkowie zbytnio się nie zmartwili tą stratą - zmarło jedno, będzie następne. A dzieci mieli sporo, bo dziewiątkę (bez tego jednego). Kiedy moja mama była mała o mało nie zmiażdżyła palców w szprychach sieczkarni. Jeden z jej braci zginął uduszony przez rozrzutnik zostawiając ciężarną żonę i dzieci. Jego pogrzeb odbył się w Wielki Piątek, to chyba był ostatni raz, kiedy trumna z ciałem była niesiona przez innych mieszkańców wsi przez cztery kilometry na parafialny cmentarz (tego dnia i tak nie było Mszy święte, a tylko nabożeństwo żałobne). Jakiś czas później dziesięciolatek przejechał ciągnikiem swojego własnego ojca na podwórku. Był też epizod z maluchem, który sobie usiadł na garnku, w którym gotowano paszę dla zwierząt (stał na podłodze). Niemal każdego roku ktoś zostaje poszkodowany podczas prac polowych, najczęściej uszczerbek ponoszą kończyny górne. O tragedii, jaka rozegrała się w sąsiedniej wsi było głośno na cały kraj - dwójka braci i matka zginęli w piwnicy własnego domu z powodu niskiej zawartości tlenu w powietrzu. Jak się potem okazało, był to skutek przechowywania tam warzyw, które pobierały pierwiastek z powietrza (nie pytajcie mnie o co w tym chodzi, bo się na tym nie znam). Tragicznie zmarłej Maryni poświęciłam wpis i wiersz na moim blogu. A teraz dotarła do nas informacja, że syn jej brata miał wypadek podczas pracy przy kombajnie. Jakieś fatum wisi nad tą rodziną, czy co? A Robek to złota rączka, w przerwie między pracami w polu i gospodarstwie domowym dorabiał pracami budowniczymi we wsi i okolicach (chyba nawet takie ma wykształcenie zawodowe). To on wybudował nam ganek przy domku, teraz miał dokończyć nam wychodek. To ostatnie pewnie się odwlecze. A może tata sam go wybuduje, tak samo jak sam odnowił i doprowadził do stanu użytkowania od dekad nie używaną studnię?
A więc wieś nie zawsze jest taka spokojna i wesoła jak mogłoby się wydawać. A każdy wypadek uczy, przynajmniej mnie, pokory wobec wartości, jaką jest życie.
* nie wiem jak nazywa się ta czynność, u mojej babci w górach tak właśnie się mówiło.
Sporo jest wypadków na wsi, pamiętam za moich czasów brat wpadł do takiego zbiornika z wodą ale odratowali, u nas też gnój się kidało .Mój tato pochodzil z gospodarstwa ale warzywnego, babcia jeździła na targ z warzywami a wujek miał typowe z końmi ,krowami i innymi gadziorami.Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńMoja rodzina na wsi także wypadki zaliczyła, m.in. obcięcie palców dłoni u mojego bliskiego kuzyna...
OdpowiedzUsuńjotka
Przeczytałam z ciekawością i zgadzam się z Tobą .Ja od zawsze mieszkam na wsi, nie prowadzę gospodarstwa rolnego ale moja mama kiedyś tak Teraz na wsi jest łatwiej bo wiele prac wykonują maszyny ale i o wypadek też łatwiej niestety. Lubię swoją wieś i dobrze mi się tu mieszka:)))Pozdrawiam serdecznie:)))
OdpowiedzUsuńMieszkałam kiedyś w takiej wsi. Pomagałam rodzicom w rożnych pracach. Łatwo nie było. Teraz również mieszkam na wsi ale w bardzo bogatej gminie. Rolnictwo nijak się ma do tamtych czasów. Wszystko robią maszyny, a panie domu niekiedy nawet nie wiedzą gdzie jest ich pole. Pozdrawiam serdecznie 🌹🌹
OdpowiedzUsuńMieszkam na wsi od dzieciństwa, znam prace polowe i gospodarskie, do wszystkiego dobytku, który wyliczyłaś i obowiązków gospodarskich dodaj jeszcze hodowlę owiec i pasiekę - bo to było i częściowo (pasieka) do dzisiaj mam u siebie na wsi. Typowo rolniczych prac już nie wykonuję, zdrowie nie to i praca zawodowa, ale wspomnienia mam :-) Nigdy nie nauczyłam się doić krowy, choć krowy mieliśmy. Taka ze mnie ułomna istota.
OdpowiedzUsuńObcięte palce miałam w rodzinie, poważniejsze wypadki po sąsiadach się zdarzały jak wszędzie włącznie ze spaloną stodołą, obok której dzieci bawiły się zapałkami
Życie... Nie zawsze usłane różami... Wypadki się zdarzają a i ludzie uczą się przez całe życie... Kiedyś było inaczej, pamiętam te czasy, ale nie zdarzały się takie rzeczy... Fakt gdzieś tam we sąsiednich wioskach, w rodzinie nie... Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńOj, tak. Czasami nie jest łatwo mieszkać na wsi. Ja mam swoja wieś od wielu lat, wcześniej tylko o niej marzyłam.
OdpowiedzUsuńAle jestem tu bardzo szczęśliwa. Serdeczności Karolinko:)
ja mieszkam na wsi, ale dziwnej bo miasto mam kilometr od domu i jednak zostało już tylko kilku rolników, reszta to w zasadzie przedmieście. Nie mam z rodziny nikogo na wsi, poza jedną ciocią. Odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej powodzi się im lepiej niż miastowym. Ale jednak ich dzieci wybrały miasto.
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Nie mogę się zalogować, tu Agatek. Karolinko piękne są to wspomnienia, takiej prawdziwej wsi, mimo, że cięzko się w niej pracowało. Dziś, prawdziwi rolnicy nie mają czasu na blogi, a wiele osób mieszka na wsi, ale pracuje w mieście. Tak jak ja. Mam kury, kaczki, a nawet kozy... coś tam działam w polu, ale pracuję zawodowo. Ściskam CIę bardzo serdecznie. :)
OdpowiedzUsuńObecnie wydaje się, że mało jest takich wsi, jak dawniej. Sporo ludzi, których znam, przeprowadza się na wieś, bo budują tam domy - albo miejsce jest atrakcyjne, albo działka niedroga, albo mają działkę od rodziców. No i te wsie na Śląsku nie są jakoś oddalone od miast. Na wsi u babci ludzie też już się tak bardzo nie zajmują gospodarstwem, wujek zdaje się ciągle coś tam robi, ale to zdecydowanie nie jest źródło utrzymania, raczej na własne potrzeby - a w kwestii dzieci ciocia zawsze powtarzała, że byle dalej od pola.
OdpowiedzUsuńAle wypadków ciągle nie brakuje.
Wyrazy współczucia. Do 9. roku życia mieszkałam na wsi, ale w rolnictwie nie pracowałam. Wieś jest piękna, bez pracy rolników ludzie z miasta by nie wyżyli. Trzeba być uważnym, bo niebezpieczeństwo tylko się czai, zarówno na wsi, ale i w mieście też.
OdpowiedzUsuńMieszkałam kilka lat na wsi co prawda nie była to wieś typowo rolnicza ale nie jest tak jak sobie ludzie wyobrażają że wieś to tylko piękno przyrody, spokój itp. Teraz i chyba zawsze tak było, że wiele wsi cierpi na " wykluczenie komunikacyjne" bez samochodu trudno dostac się do lekarza.czy na zakupy do miasta o kinie czy innych atrakcjach nie wspominając.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie:)
To tylko ludzie, którzy niewiele z wsią mieli styczności widzą ją w sielankowych barwach.
OdpowiedzUsuńPosyłam uściski.
Ja od urodzenia mieszkam na wsi i choć rolnikiem już nie jestem pracę znam bardzo dobrze i wypadki przy pracy też. Niby jest obecnie dużo nowoczesnych maszyn i pracujący w rolnictwie nie urobią się tak jak kiedyś, ale z wypadkami plaga jakaś.
OdpowiedzUsuńMieszkam na wsi od kilkunastu lat, ale nigdy nie planowałam pracy na roli. W dzieciństwie i młodości też dużą część wakacji spędzałam na wsi. Czasem trzeba było trochę popracować przy tzw. maszynie( czyli całodziennej młócce, gdzie brało udział wielu sąsiadów) wykopkach itp. Na szczęście nie pamiętam żadnych wypadków.
OdpowiedzUsuńWieś też bardzo się zmieniła, są maszyny, ale mam sąsiadów, którzy pracują od świtu do nocy. Jednak są na swoim.
Pozdrawiam serdecznie
bardzo polecam książkę "Chłopki"
OdpowiedzUsuńJako dziecko i nastolatka większą część wakacji spędzałam na kaszubskiej wsi, wtedy możliwość uczestniczenia w niektórych pracach była dla mnie niemal rozrywką i atrakcją niemalże. Niemniej jednak mogłam się przekonać jaka to ciężka praca i odpowiedzialność, przez okrągły rok.
OdpowiedzUsuńW większości miejsc, gdzie bywamy tylko turystycznie, codzienność jawi nam się w samych pięknych barwach. O wsi mamy wyidealizowane zdanie bo kojarzy nam się z ciszą, spokojem, bezkresem łąk i pól, owocami prosto z krzaka, świeżym krowim mlekiem ale dla mieszkańców to już niekoniecznie taka sama jak dla nas moc atrakcji. Ale i tak wieś uwielbiam i to się nie zmieni.