Jednym z moich wakacyjnych planów było wzięcie udziału w kolejnej już edycji oświęcimskiego biegu "Biegać jest Bosko", któremu patronuje święty Jan Bosko. Jego termin wypada w przeddzień urodzin tego wielkiego przyjaciela młodzieży i prekursora oraz zwolennika prewencyjnego systemu wychowania, czyli 15 sierpnia. Jednocześnie impreza biegowa wpisuje się w odbywające się w tym samym czasie Dni Oświęcimia, któremu patronuje od 2013 roku ten turyński święty.
Już nawet byłam na ten bieg zapisana, wystarczyło tylko wnieść opłatę startową. Szkopuł polegał na tym, że musiałabym to zrobić przed wylotem do Lizbony. Blankiet wpłaty był zresztą wydrukowany, wystarczyło tylko podbiec na pocztę. I teoretycznie mogłam to zrobić w drodze powrotnej z pracy. Tylko wiecie jak to jest przed wyjazdem, zwłaszcza dłuższym - tu trzeba coś dokupić, tam załatwić, to jeszcze wysłać ostatnie meile, a i coś sprawdzić, skoro jedzie się w nieznane sobie miejsce. W ostateczności nie wniosłam tej opłaty w terminie. Mogłam oczywiście spróbować poprosić o jego przedłużenie, wszak mam dobre relacje z jego organizatorami, ale już nie chciałam robić zamieszania - niech zostanie tak jak jest. W końcu takich biegów będzie jeszcze cała masa, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.
Ostatecznie jednak myślę, że dobrze iż stało się tak jak się stało. Przy ostatnim wypadku, tym, którego skutkiem było podbite oko (pisałam Wam o tym w przedostatnim wpisie), przy okazji uderzyłam kolanem o tą nieszczęsną szafkę (jak to ktoś powiedział na Zbóju - nic, tylko ją roztrzaskać siekierą i spalić w piecu lub na ognisku 😁). Ale oczywiście nie uderzyłam się w podkolano, tylko centralnie, w rzepkę. Ból jest taki, że klękajcie narody. A w dodatku miałam nieźle sfatygowane te kolana przez wywrotki na lizbońskim bruku. Ale skoro zdarzają się one nawet sprawnym, więc może nie jest ze mną aż tak źle. W każdym razie do biegania chwilowo się nie nadaję.
Nawet nie wiem, czy zmieściłabym się z pokonaniem 5 kilometrów w regulaminowym czasie 60 minut. Tak, owszem można tą trasę pokonać w tym czasie spacerkiem. Ale niekoniecznie kiedy bolą człowieka kolana, a przejście kilkuset metrów wymaga od niego nie lada wysiłku i odpoczynku na końcu. Więc myślę, że byłoby ciężko.
Zauważyłam, że moja kondycja pogorszyła się przy obecnym trenerze. Poprzedni, nie licząc pierwszej trenerki, chociaż starali się o zapewnienie mi prowizorki z biegania. Ten nic, rozstawi płotki do biegów przez nie na bieżni i każe przechodzić pod nimi człowiekowi przez całą godzinę w myśl jego zasady, że "motoryka jest najważniejsza". Ta..., jasne. Wiecie co, miałam dosyć takich "treningów", które dla mnie treningami nie były. Co najwyżej zabawą. Przestałam na nie przychodzić. Zresztą nie tylko ja, ale i część moich szkolnych koleżanek i kolegów. Albo robimy coś na poważnie, albo się bawimy niczym w przedszkolu. Już wolę sama sobie potruchtać po parku. Może i nikt mi nie zmierzy czas, ale przynajmniej nie denerwuje mnie zachowanie olewające wszystko. Szkoda, że z Frame Runningiem na razie nie wyszło, bo to by była dla mnie jakaś szansa. Ale krążą plotki, iż ma zostać zmieniony, więc jest jakaś nadzieja na normalność.
W każdym razie nie pobiegłam w tym biegu. Za to na spokojnie poszłam do kościoła poświęcić bukiet z kwiatów i zbóż. A potem pooglądałam sobie defiladę Wojska Polskiego z okazji ich święta. Było na czym oko zawiesić, mówię Wam. W końcu za mundurem...
Po tygodniu nieobecności stwierdziłam, że tak dużo się u Ciebie dzieje, że czasami trudno to ogarnąć, Jak Ty się w tym wszystkim znajdujesz?
OdpowiedzUsuńNo cóż młodość :-)
Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
OdpowiedzUsuńZa rok też będzie sierpień i kolejna okazja do wzięcia udziału w biegu. Bardzo mi się podoba Twoje podejście - nie udało się to trudno, nie warto się załamywać. Uściski.
OdpowiedzUsuń