Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

niedziela, 27 sierpnia 2023

1688. Moje słodkie wypieki na pielgrzymkę

W tym roku na pielgrzymkę na Jasną Górę postanowiłam zrobić coś od siebie i upiec jakieś ciasteczka na drogę. Owszem, mogłam kupić coś w sklepie, jednak wolałam spróbować zrobić coś samodzielnie. Niekoniecznie dla siebie, bardziej myślałam wtedy o innych współpielgrzymach, a w szczególności o idących z nami dzieciach. Tych co prawda nie było zbyt dużo, ale dla nawet jednego dziecka warto poświęcić kilka godzin w kuchni, aby finalnie zobaczyć uśmiech na ich twarzy. Zresztą nie tylko ich, bo ogólnie jakoś tak miło się człowiekowi robi cieplej na sercu, kiedy ktoś, w tym dorosły, doceni efekt jego pracy. A tutaj nawet nie trzeba słów, wystarczy mi, że ktoś po zjedzeniu jednego ciastka sięgnie po kolejne i kolejne. Przecież gdyby im nie smakowało, to chyba poprzestaliby na jednym. Przynajmniej tak mi podpowiada logika.
Za wypieki wzięłam się niemal w ostatniej chwili, czyli w poniedziałek (a w środę mieliśmy wyjście). Po wyciągnięciu ostatniej blaszki z upieczonymi ciasteczkami i spojrzeniu na zegarek, który wskazywał dosłownie środek nocy, cieszyłam się, że nie zostawiłam tego na wtorek. Oj, myślę że ciężko by mi było wstać w środę o 4:00 rano, kiedy położyłabym się spać o 2 w nocy. Co prawda podczas moich studiów w Grodzie Kraka i takie rzeczy się robiło, ale tutaj wolałam być w miarę możliwości wypoczęta przed pieszą wędrówką (przygoda z nietoperzem wydarzyła się noc wcześniej).
Nie zastanawiałam się długo nad rodzajem ciastek, jaki miałam zamiar zrobić. Mój wybór padł na dwa ich rodzaje: ciasteczka maślane oraz owsiane. Przyznam się szczerze, że to był mój debiut w tej dziedzinie, więc była mała trema z mojej strony. Z drugiej strony wyszedł ze mnie mały egoista - zazwyczaj jak coś upiekę, to z powodu alergii pokarmowej to na to, to na tamto, wszelkie ciasta i inne wypieki są jedzone przez wszystkich, ale nie przeze mnie. Teraz chciałam upiec coś, co będę mogła sama bezkarnie zjeść. A samodzielny wypiek dawał mi gwarancję, że w składzie ciasteczek nie znajdzie się nic niepożądanego. 
Założę się, że w stercie książeczek z przepisami zalegających w mieszkaniu moich rodziców znalazłyby się jakieś przepisy pozwalające na przygotowanie tego typu wypieków, szybszym sposobem na ich znalezienie okazał się jednak Internet. Po przejrzeniu kilku propozycji wybrałam ciasteczka maślane z TEGO przepisu oraz owsiane z TEGO. W zasadzie w przypadku pierwszego wypieku bardziej kierowałam się ogólnym brzmieniem i prostotą przepisów, niż np. smakiem ciastek. Jeszcze tylko musiałam dokupić brakujące składniki (np. płatki owsiane, których na co dzień nie mam w szafkach, jajek też brakowało) i wieczorem mogłam wziąć się do pracy.
Najpierw upiekłam ciasteczka maślane. Ze składników zawartych w przepisie wyszły 3 i pół blaszki, czyli około 80 sztuk. Jak na złość nie mogłam znaleźć foremek do pierniczków, a szkoda, bo maślana chatka albo renifer mogłyby ciekawie wyglądać. W zamiar wycinałam kółka miarką do syropu na kaszel. Na początku nawet rysowałam na nich wykałaczką uśmiechnięte buzie. Jednak było to na tyle pracochłonne, że szybko od tego odeszłam. Zresztą tylko jakieś 30% ciastek było idealnie okrągłych. Większość wycinków nie chciała tak ładnie wychodzić z formy (a i wyjąć je było trudno, bo nie dało się od góry), toteż daleko im było do idealnych kółek, jakie sobie wymarzyłam. Ale to nic. Przecież najważniejszy powinien być smak, prawda?

To jeszcze nie wszystkie ciasteczka maślane :)
Zaliczyłam jedną wpadkę. Kuchenkę, w której piekłam ciasteczka mam stosunkowo nową (pamiętacie moją przygodę z pieczeniem kremówki z 2020 roku? Dopiero zimą tego roku udało mi się ją wymienić na taką z funkcjonalnym i działającym piekarnikiem) i pomału uczę się jej funkcji. Już na początku odkryłam, że ma wbudowany czasomierz z alarmem. Ale jakoś nie było okazji go używać, bo zazwyczaj włączam minutnik w telefonie. Teraz jednak tego pieczenia było trochę, a więc postanowiłam używać tego wbudowanego czasomierza. Nastawiłam na 10:00 i zabrałam się do szykowania kolejnej porcji, która niebawem miała znaleźć się w piekarniku. W pewnym momencie zorientowałam się, że coś długo nie włącza się alarm informujący o końcu czasu pieczenia. Sprawdziłam czasomierz (trzeba zmienić wyświetlacz z godziny na czas pieczenia) i owszem, okazało się, że ustawiłam na 10, ale godzin. Brawo ja! Ciekawa jestem, co by zostało z tych ciastek po tym czasie... Szybko wyjęłam blachę z ciut przypieczonymi ciasteczkami, które na szczęście były jadalne, i włożyłam kolejną partię. Teraz byłam mądrzejsza i ustawiłam licznik na 00:10, czyli na sugerowany czas pieczenia.
Po wykrojeniu kółek z całego ciasta maślanego zabrałam się za przygotowywanie masy pod ciasteczka owsiane z ziarnami słonecznika i mielonymi migdałami, które zostały mi ze świąt. Tutaj zwiększyłam o 100% wszystkie składniki, dzięki czemu tych ciastek wyszło nie 20, a ponad 40. 
Znowu rozdzieliłam wszystko na trzy blaszki, które kolejno wkładałam tym razem na 20 minut do piekarnika. No, może znowu mojej wersji trochę brakowało do koła*, za to w smaku były niczego sobie. I liczba 40** sztuk wydawała mi się całkiem przyzwoita na trzydniową wyprawę na piechotę. Jeszcze tylko popakowałam wszystko w pudełka śniadaniowe, żeby się ani nie pogniotły, ani zbytnio nie obeschły.
Wydaje mi się, że ten pomysł z upieczeniem ciastek na pielgrzymkę nie był taki zły, chociaż pochłonął pół nocy. Poczęstowani nimi na postojach ludzie z apetytem się nimi zajadali, prosząc o dokładkę. Dzieciom szczególnie przypadły słodkie ciasteczka maślane i niemal na każdym postoju przychodziły do mnie, aby się nimi poczęstować. Można tutaj mówić o sile reklamy - już podczas pierwszego postoju powiedziałam im, że są to specjalne ciasteczka, które dają siłę na pokonywanie kolejnych kilometrów. Efekt placebo murowany. Dorośli też chętnie się częstowali, co wewnętrznie mnie cieszyło. Brali, czyli im smakowało. W przeciwnym razie nikt by nie brał kolejnej porcji. A nawet usłyszałam od znajomej ze scholi, że dla takich ciastek pielgrzymka mogłaby być częściej. No miód na moje serce i najlepsza opinia, jaką mogłam usłyszeć. A tak na poważnie to niech mi wykombinuje obiecaną wspólnotową pielgrzymkę do Wadowic, to upiekę im nie tylko ciastka, ale i słynne kremówki. Nikt się nie potruł i nie pochorował, co bardzo mnie ucieszyło, bo zawsze przy kulinarnych debiutach mam obawy, że coś od tej strony pójdzie nie tak. No i oczywiście już zamówiono podobne ciasteczka na przyszłoroczną pielgrzymkę.
Dzięki temu, że upiekłam te ciastka w poniedziałek, dzień przed pielgrzymką kilka ciastek zaniosłam na plebanię Księdzu Niosącemu Światło. Uznałam, że nawet jak on ich nie zje, to może proboszcz, albo ten drugi wikary. Duchowny ucieszył się, choć z tych dwóch rodzajów mógł się skusić na maślane. I sam przyznał, że żałuje, że w tym roku nie jest w stanie z nami iść, bo dla takich ciastek naprawdę warto. Ja też żałuję, że z nami nie był, ale wiem, że nie miałby siły dojść. Niby mieliśmy ten samochód i mógłby nim jeździć, ale czy jemu by to odpowiadało? Znając go myślę że nie. Zresztą ten brak siły to naprawdę najlepsza opcja, jaka mogłaby mu się przydarzyć. Moja wizyta u niego trwała moment, tyle ile potrzeba na przekazanie torebki ze słodkościami, wymienienie kilku zdań i otrzymanie od niego błogosławieństwa na drogę. "Wiesz, że wierzę, że dasz radę dojść?" - powiedział mi na koniec z nadzieją w oczach, trzymając dłonie na moich barkach. Jakoś tak w tym momencie jego nadzieja udzieliła się i mi. Dlatego też podczas pielgrzymki poczułam smutek - wierzył we mnie, a ja nie dałam rady. Ale mam nadzieję, że mimo to go nie zawiodłam. O ile oczywiście żaden ksiądz idący w mojej grupie przez przypadek mnie nie wyda, bo on nie wie, że jednak mi się tego nie udało dokonać. A jakby co, to zawsze za rok mogę próbować się poprawić, może nie będę miała takiego pecha z odciskiem pod paluchem. No i zawsze można próbować go udobruchać kolejną partią ciasteczek maślanych.

* hmm..., nawet przypominały moje "koła" rysowane na matematyce za pomocą cyrkla, ale bez wspomagania nauczyciela
** kilka odłożyłam dla Księdza Niosącego Światło, a z 2 zjadłam jeszcze w domu, na spróbowanie

13 komentarzy:

  1. U nas nocują pielgrzymi z Tarnowskiej ( pisałam na blogu), idą na 26 sierpnia, u nas nocujemy tak około 10 - 15 osób. Niby mają swoje jedzenie, nic nie potrzebują, ale córka smaży im frytki ( tak pewnie z wiadro ziemniaków trzeba obrać :)) i zawsze zjadają ze smakiem. Podziwiam wszystkich pielgrzymów za trud i wytrwałość, ja chyba bym nie dała rady. Wszyscy mówią że to jest jak narkotyk, jak raz pójdziesz to nie można się doczekać przyszłego roku żeby znów iść. Karolinko życzę Ci aby wszystkie intencje które zaniosłaś przed Tron Matki Bożej były wysłuchane i żebyś miała zawsze tyle pogody ducha i wytrwałości w pokonywaniu codziennych trudów, co masz obecnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pomysł świetny i pomyślałaś o innych!
    O wypiekach można różne anegdoty opowiadać:-)
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale Karolinko! Gratuluję!
    okularnicawkapciach.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Domowe wypieki zawsze są w cenie, więc nie dziwi mnie, że zrobiły furorę. Poczęstowanym na pewno było miło, że o nich pomyślałaś.

    OdpowiedzUsuń
  5. Maślane pożarłabym chyba wszystkie :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj, Karolino.

    I to się nazywa przyjemne z pożytecznym:)
    Ciacha wyglądają bardzo smakowicie, a przyjemności z częstowania i rozchwytywania Twojego wypieku nie odbierze nic:)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Brawo za te ciasteczka, Karolinko. Moja koleżanka uważa ,że gdy samemu ukręci się ciasto, to jest ono smaczniejsze i stokroć zdrowsze, bo wiesz co w nich jest ( żadnych ulepszaczy i chemii).
    Takie ciasteczka zarówno maślane, jak i owsiane są dość czasochłonne i szczerze mówiąc zawsze mnie to odstraszało, gdy planowałam świąteczne pieczenie. A i piekarniki mają to do siebie, że nierówno pieką.
    Ale Ty sobie dobrze poradziłaś. I w dodatku wyszło z humorem. 10 godzin w piekarniku? Pewnie z ciasteczek zostałaby czarna spalenizna i kupę dymu w kuchni. Ale po czasie miło się wspomina takie wpadki, no nie?
    A pomysł był świetny i ciasteczka się udały. Najlepszy dowód ,że dzieciaki przychodziły po jeszcze.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  8. Domowe ciasteczka są najlepsze :D
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mniaaaaam mniaaam. Pięknie z twojej strony Karolinko, że pomyślałaś o współpielgrzymach. Jak zwykle podziwiam Cię z całego serca.

    Przytulasy

    Kasinyswiat

    OdpowiedzUsuń
  10. Wygladaja pysznie ja czasem piekę te owsiane

    OdpowiedzUsuń