Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

piątek, 25 sierpnia 2023

1686. Dojść do celu, nawet z bąblem na stopie

Przełom lipca i sierpnia to czas, w którym setki tysięcy pątników wyruszają na pielgrzymi szlak, aby na jego końcu pokłonić się przed tronem orędującej na Jasnej Górze Matce Bożej Częstochowskiej, od wieków nazywanej Królową Narodu Polskiego. Tradycja ta sięga zamierzchłych czasów, ponieważ wierni niemal od początku obecności Cudownego Obrazu w niepozornym kościele na niewielkim wzgórzu przybywali do niego, zanosząc prośby i podziękowania za doznawane łaski. O ogromnym kulcie tego miejsca niech świadczy to, że z czasem na miejscu kościoła wybudowano reprezentacyjny klasztor paulinów, którym od początku powierzono sprawowanie opieki nad łaskami słynącym wizerunkiem Czarnej Madonny. 
Zwyczaj letniego pielgrzymowania do Jasnogórskiej Pani był kultywowany w czasie, kiedy Polska była pod zaborami i wtedy, gdy toczyły się wojny światowe. To tutaj przybywali królowie i prezydenci naszego kraju, to przed nią klękali papieże Jan Paweł II, Benedykt XVI oraz Franciszek, a o mały włos nie przybyłby też i wcześniejszy zwierzchnik Kościoła Katolickiego, Paweł VI, którego niespełnionym pragnieniem było uczestniczenie w obchodach 1000-lecia Chrztu Polski, których centralne wydarzenia odbywały się właśnie na Jasnej Górze. W 1991 roku z wielu polskich parafii wyruszyły piesze pielgrzymki młodych chcących spotkać się z papieżem-Polakiem w ramach VI Światowych Dni Młodzieży. Ćwierć wieku później ten piękny zwyczaj został pokazany pielgrzymom, którzy przybyli na 31 Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Wiele diecezji zorganizowało wtedy jednodniowe pielgrzymki, podczas których młodzież z całego świata miała okazję przejść te kilka kilometrów, aby poczuć się w jakiś sposób pielgrzymem.
Z mojej diecezji wychodzą aż trzy piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Pierwsza Olkuska zmierza na 15 sierpnia, czyli Wniebowstąpienie Najświętszej Maryi Panny. Druga, Zagłębiowska, dochodzi na miejsce w wigilię wspomnienia Matki Bożej Częstochowskiej, czyli 25 sierpnia. Z kolei trzecia, Jaworzańska, kończy swoją wędrówkę 6 września, czyli dwa dni przed liturgicznym wspomnieniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Ciekawostką może być dla Was to, że każda z tych pielgrzymek ma inną nie tylko trasę, ale i ilość razy, podczas których się odbyła. 
Podobnie jak w zeszłych latach, także i teraz, do Częstochowy wybrałam się wraz z Zagłębiowską Pieszą Pielgrzymką, która była zorganizowana już po raz 32. Jej tegoroczne hasło brzmiało "Jesteśmy Kościołem Chrystusa". Może 2 i pół dnia pieszego pielgrzymowania nie jest nie wiadomo jakim wyczynem, jednak dla mnie jest to optymalna wersja, zarówno pod względem dni, jak i samego dziennego kilometrażu, jaki się wykonuje. No i mam jakąś gwarancję, że dam radę przejść całą trasę. 
Trochę emocji przysparza zawsze pakowanie. W zasadzie nigdy nie biorę na te wyprawy dużo rzeczy. Dwie koszulki na zmianę, drugie spodnie, klapki, bielizna na zmiany, przybory higieniczne i rzeczy do spania. Po powrocie z Światowych Dni Młodzieży nie chowałam na dobre karimaty (jestem z siebie zadowolona, bo to pierwszy ŚDM, z którego ją przywiozłam, na poprzednich ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach), dzięki czemu nie musiałam jej szukać po palwaczach. Dodatkowo w tym roku bagaż na transport mogliśmy zapakować dopiero pod kościołem, skąd wyruszała pielgrzymka, a tam też trzeba było dojechać.
Zagłębiowska Pielgrzymka tradycyjnie wyrusza z kościoła Najświętszej Maryi Panny w Będzinie-Syberce, znanego też pod nazwą sanktuarium Polskiej Golgoty Wschodu. Jest to pierwsza w Polsce świątynia - pomnik martyrologii Polaków na Wschodzie. To w niej o 7:00 odbywa się uroczysta Msza święta pod przewodnictwem biskupa diecezji sosnowieckiej, na której pielgrzymi otrzymują od niego błogosławieństwo na drogę. Biskup wygłasza też kazanie, w tym roku nawiązał w nim do jednego z objawień Maryjnych w Fatimie, a konkretniej tego, które miało miejsce 13 lipca. Maryja miała w nim mówić małym pastuszkom o pokucie połączonej z nawróceniem. Podobnie i dla nas pielgrzymowanie do częstochowskiej Madonny powinno być tak samo okazją do pokuty, jak i wewnętrznego nawrócenia. 
Następnie, najczęściej ok. godziny 8:30, wyruszamy w grupach w drogę. Pierwszego dnia mamy do pokonania ok. 23 km. Postoje od lat są w tych samych miejscach: Będzinie-Łagiszy (tutaj przy okazji są robione pamiątkowe fotografie grup z biskupem, nie wiem co się z nimi stało w tym roku, bo ani nie można ich było kupić, ani nigdzie ich nie ma, a szkoda, bo to piękna pamiątka), pod kościołem w Targoszycach, przy remizie w Mierzęcicach (tutaj przy okazji jest nabożeństwo pokutne), aż wreszcie dociera się do Zendka. W tym roku taką nowością było to, że w drodze do Mierzęcic z każdą grupą przez chwilę szedł Chrystus ukryty w monstrancji. Ciekawostka - w parafii w Zendku został ochrzczony najstarszy syn jednego z braci mojej mamy, a ona sama trzymała go do chrztu. 
Nasz dekanat wchodzi na teren parafii w Będzinie - Łagiszy
A tutaj już gdzieś na drodze
W Zendku na większość pielgrzymów czekały podstawione autokary, które zawiozły ich do domów na nocleg, a nazajutrz przywiozły z powrotem na trasę. Ale powiem Wam szczerze, że taka opcja była obowiązkowa w 2021 roku w związku z pandemią koronawirusa i dla mnie osobiście był to jakiś koszmar. Ale jak kto woli, ja wolałam wybrać nocleg na postojach, inni z chęcią wracali do domów, aby się wyspać w wygodnych łóżkach.
Jeszcze na niedzielnym spotkaniu padła decyzja, że po dotarciu do Zendka najpierw pójdziemy do tamtejszego kościoła parafialnego na modlitwę (a przy okazji odśpiewaliśmy Apel Jasnogórski). Mnie już tego dnia siły opuściły (przeszłam te 23 km, ale do kościoła były jeszcze z 3 km., których za nic w świecie nie miałam siły pokonać), jednak za zgodą Paula podjechałam sobie naszym grupowym samochodem (każda grupa miała prawo posiadać jeden samochód, który podwoziłby na miejsce postoju tych, którzy nie mieli siły już iść dalej). Potem tradycyjnie zakwaterowano naszą grupę w szkole podstawowej. Jeszcze jedna grupa wyraziła chęć noclegu, ale oni byli w budynku OSP. Po dotarciu do budynku (ten kawałek już przeszłam), każdy szukał kawałka miejsca na podłodze, aby rozłożyć swoją karimatę lub materac. Potem już tylko marzyło się o ciepłym prysznicu, z którym nie było problemów i albo szło się spać, albo na placu zabaw przed szkołą rozmawiało się z innymi pielgrzymami.
Nazajutrz autokar dowiózł część naszej grupy do Zendka na godzinę 7:00, po czym po spakowaniu naszych bagaży ruszyliśmy w dalszą część trasy, liczącą tego dnia ok. 29 km. Słońce było już ponad horyzontem, kiedy śpiewając Godzinki opuszczaliśmy miejscowość. Po przejściu pierwszych pięciu kilometrów mieliśmy krótki postój w lesie (tzw. przerwę śniadaniową), po którym ruszyliśmy w kierunku Woźnik. W zasadzie ten odcinek jest podzielony na cztery (chociaż dla nas w tym roku na pięć) odcinków: właśnie na polanie przy autostradzie, w Woźnikach, w okolicach Pakułów, w kościele w Starczy, i nasza grupa tym razem musiała jeszcze iść do remizy strażackiej w Łyścu, gdzie część naszej grupy miała zapewniony nocleg. W Woźnikach mieliśmy obiad (przepyszny żurek), natomiast w kościele w Starczy odbyła się Msza święta. Po jej zakończeniu szliśmy jeszcze przez jakieś 2 kilometry do Łyśca, aż wreszcie naszym oczom ukazała się remiza. Ponieważ była dosyć wczesna pora (18:00) wielu z nas spędziło ten wieczór na grach na boisku przylegającym do budynku albo w altance.
Trzeciego dnia wyszliśmy z Łyśca około godziny 7:30, tak aby na 8:00 dotrzeć do Nierady, gdzie już czekała na nas grupa, która przyjechała autokarem. Po drodze trochę nam się rozwalił emblemat, na szczęście w Nieradzie udało się go naprawić na tyle, że został doniesiony do celu bez "zgubienia" po drodze Matki Boskiej Anielskiej. Po upewnieniu się, że wszyscy nasi już są, oraz otrzymaniu znaku od kierujących ruchem, ruszyliśmy w ostatni, ok. 14 km. etap drogi. Towarzyszyły nam tradycyjne Godzinki, a potem inne pielgrzymkowe pieśni, które tylko zachęcały do drogi. W ostatnim dniu mamy tylko jedną przerwę, śniadaniową, u wejścia do Częstochowy, a potem już idziemy prosto pod szczyt. Podczas tej przerwy była ostatnia okazja, aby rozdać innym specjalnie upieczone na ten cel ciasteczka. I od razu plecak stał się lżejszy. 
Wiele osób nie lubi tego ostatniego odcinku, prowadzącego już ulicami Częstochowy. Ja jednak do nich nie należę. Wystarczy, że na autostradzie mignie mi charakterystyczna wieża, a już wstępują we mnie zdwojone siły. Gdzieś podświadomie wiem, że już zostało naprawdę niewiele drogi do przebycia. A jak już wejdzie się na słynną Aleję Najświętszej Maryi Panny, człowiek ma przeświadczenie, że prawie już jest w domu. Jeszcze tylko trzeba poczekać na swoją porę i można podejść pod jasnogórski szczyt i tradycyjnie uklęknąć przed nim.
"Powołani przez Słowo Jezusa, spośród świata wybrani na świadków,
Przyjmujemy zadanie i łaskę, czynić uczniów ze wszystkich narodów.
Odrodzeni przez Ogień i Wodę, w mocy Ducha wezwani do Prawdy,
Ewangelie czyniąc Światłem i Chlebem, nowych uczniów rodzimy przez wiarę.
W tej wspólnocie jesteśmy Kościołem, Uczniem Pana i drogą dla Uczniów, 
Jak latorośl, w Winnym Krzewie, by być drzewem dojrzałym i siewem*"
Ta mistyczna chwila trwa dosłownie moment, po czym trzeba wstać i można udać się do Kaplicy Cudownego Obrazu, aby jeszcze raz się pokłonić, tym razem Czarnej Madonnie. Stojąc w kolejce, zamieniłam kilka słów z Paulem, który gratulował mi tego, że udało mi się przejść całą trasę. "Prawie" - zauważyłam, zważając na te dwie podwózki, z których skorzystałam. Co zrobił Paul? Z uśmiechem machnął ręką, dając mi wyraźnie znak, że to nic, że on i tak powie Księdzu Niosącego Światło, że dałam radę. W ogóle jestem mu wdzięczna za jedną rozmowę w Zendku, podczas której nieco podniósł mnie na duchu. Nie spowiedź, ale rozmowę, jak dwójka przyjaciół. Rozmowę, którą nieco mnie uspokoił. Może nie całkiem, ale ciut, ciut.
W czasie wolnym pomiędzy dotarciem na miejsce, a wieczorną Mszę świętą będącą zwieńczeniem pielgrzymki udało mi się spotkać ze znajomą, którą poznałam podczas polskiej rekrutacji na wolontariuszy ŚDM w Lizbonie. Wzruszyłam się tym, że poświęciła swój czas i przyjechała aby się ze mną spotkać, ale nie tylko. Okazało się bowiem, że od jakiegoś czasu jest przewodnikiem-wolontariuszem po jasnogórskim sanktuarium i oprowadziła mnie po niektórych jego częściach, przybliżając historię.
Po Mszy świętej, sprawowanej m.in. przez naszego biskupa, wszyscy wracający autokarem zebrali się pod dwoma charakterystycznymi drzewami na placu przed klasztorem, a stamtąd już wspólnie udaliśmy się pod podstawiony autokar, który zabrał nas do DG. Po niewiele ponad godzinie kierowca wysadził nas w centrum miasta. Jeszcze tylko trzeba było przejść przez park miejski. Na szczęście nie szłam sama, w większości towarzyszyli mi znajomi ze scholi, którzy też udali się na tą samą pielgrzymkę.
Za rok znowu idziemy. Nawet jeżeli było trochę niedociągnięć, np. zbyt mało czasu na odpoczynek podczas przystanków, czy też małe niedogadania odnośnie ostatniego noclegu, ale to nic. To przecież jest pielgrzymka i pewne niewygody mogą się zdarzyć. Mnie nawet się zrobił już w pierwszym dniu bąbel na palcu, i z tym bąblem doszłam do celu. Bolało jak nie wiem, bo dopiero w Częstochowie mi go przebili, ale to nic, ważne że dałam radę przejść prawie całą trasę mimo to. Co prawda miałam w planach przejść całe ponad 80 kilometry. I kto wie, może gdyby nie ten bąbel, to by mi się to udało... Ale skoro Paul twierdzi, że i tak to się liczy, to tak bardzo się tym nie przejmowałam. Może za rok się  mi uda przejść całą trasę bez ani jednej podwózki?

* fragment utworu "Uczniowie Pana" New Life'm

6 komentarzy:

  1. Jestem pełna podziwu że się na tą Pielgrzymkę wybrałaś i dałaś radę !! Choć sama tez łażę mimo chorych płuc, to chyba bym się nie zdecydowała, chyba za słabo jestem wierząca. Brawo TY. !!!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję Ci wytrwałości :) a, że kawałek podjechałaś samochodem, to chyba nic wielkiego. Zdarza się. Lepiej trochę podjechać i nabrać sił niż być zbieranym z trasy.
    Znam te wszystkie trudy i znoje oraz podwózki, bo chodziłam na pielgrzymki będąc w liceum. I jeszcze po pierwszym roku studiów. W sumie byłam pięć razy. Szłam zawsze z Pielgrzymką Gnieźnieńską, więc my mamy trochę dalej i trwało to wtedy 8-9 dni. I któregoś roku też musiałam kawałek jechać autobusem, bo zrobiło mi się słabo. Od rana źle się wtedy czułam i dla takich "zdechlaków" jechał autobus. Oczywiście też był bunt, ale rozsądek zwyciężył i na drugi dzień już było ok. Dawne dzieje i kompletnie inne czasy ( lata 80/90).

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie pielgrzymowanie na długo zostanie człowiekowi w pamięci :D
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Karolinko, podziwiam po raz kolejny. Ja bym pewnie padła po drodze:)
    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam Cię z każdym przeczytanym postem bardziej :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Brawo Karolinko za wytrwałość. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń