Moje motto

„Często spotykam się ze stwierdzeniem, że wszyscy jesteśmy niepełnosprawni. Ludzie bywają okaleczeni w najróżniejszy sposób: zatruci przez toksyczne relacje, zranieni przez miłość, przytłoczeni utratą pracy, rozdarci wewnętrznie z powodu rozpadu rodziny, sparaliżowani strachem czy niepokojem... Okaleczenie może dotyczyć każdego, w każdej sferze życia i w każdym środowisku społecznym” - J.-B. Hibon "Pijany ze szczęścia. Opowieść o życiu spełnionym"

Jaki był ten dzień

"Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął?
Czy mnie wyniósł pod niebo,
czy zrzucił na dno?
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie?
Czy był tylko nadzieją
na dobre i złe?"

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

1668. Kręta droga na wolontariat Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie

Ostatnim oficjalnym punktem tegorocznych Światowych Dni Młodzieży było spotkanie Ojca Świętego z wolontariuszami na przepięknej promenadzie usytuowanej na wybrzeżu w Avenidzie w niedzielne popołudnie. Malownicze miejsce, chociaż pewnym minusem tego spotkania była temperatura dochodząca tego dnia do czterdziestu stopni Celsjusza. Dzięki temu, że dojechałam na nie jako jedna z ostatnich osób (w niedzielę dyżur w Parku Teje skończył mi się o 14:00, zostaliśmy jednak wcześniej z niego zwolnieni, właśnie ze względu na spotkanie), nie byłam jednak tak bardzo narażona na działanie zdradliwych promieni słonecznych.
Jadąc na miejsce spotkania w eskorcie policji, a potem stojąc w tłumie rozentuzjazmowanych ludzi wykonujących układ taneczny do refrenu hymnu spotkania, pomyślałam, że może moja droga na ten wolontariat była długa, kręta i wymagająca, jednak nie żałuję, że zdecydowałam się na ten krok.
O wyjeździe na tegoroczne Światowe Dni Młodzieży myślałam właściwie od początku, od chwili, kiedy na Mszy posłania na Campusie Jana Pawła II w odległej Panamie usłyszałam, że papież zaprasza nas na kolejne spotkanie do Portugalii, a konkretniej - do jej stolicy. Lizbony. Serce zaczęło mi mocniej bić, bo jednak Lizbona to Europa i teoretycznie łatwiej będzie się tam dostać. 
Gdzieś w połowie 2022 roku z tyłu mojej głowy pojawiła się nieśmiała myśl, aby spróbować swoich sił jako wolontariusz. Oczywiście bardzo nieśmiała myśl, teoretycznie z góry skazana na niepowodzenie, bo kto uwierzy w to, że ktoś taki jak ja, z problemami z poruszaniem się i wymową, może w czymś pomóc przy imprezie na taką skalę. Co prawda udało mi się załapać na wolontariat podczas ŚDMu w Krakowie w 2016 roku, ale wtedy byłam jednak "u siebie". Teraz miałam wylecieć do zupełnie nieznanego mi kraju. Z drżącym sercem niemal w ostatniej chwili wypełniłam formularz rekrutacyjny na polskie selekcje na wolontariat i czekałam, co wydarzy się dalej.
Awaryjnie chciałam się zapisać na wyjazd z grupą z mojej parafii, ale na pierwsze spotkanie organizacyjne nie zdążyłam, bo byłam, nomen omen, na wolontariacie w górach i trochę za późno z niego wróciłam, a idąc na drugie nie mogłam znaleźć parafii, w której się odbywały. A właśnie na tym drugim spotkaniu trzeba było się zdeklarować, bo grupa brała udział w projekcie "Polonia na Lizbonę" i trzeba było podać jej ostateczną liczbę. 
W międzyczasie przyszedł meil z terminami rozmów rekrutacyjnych z Krajowym Biurem Organizacyjnym ŚDM. To oni byli pierwszą furtką, przez którą trzeba było przejść, aby w ogóle myśleć o kandydaturze w Portugalii. Każdy, kto przeszedł pozytywnie rozmowę z nimi, dostawał "list z rekomendacją", który należało dołączyć do zgłoszenia u organizatorów. 
źródło
Osobiście wybrałam spotkanie, które odbywało się w Częstochowie. Raz, że szybko, dwa, że stosunkowo blisko, a trzy - gdzie będzie lepiej i bezpieczniej, niż nie u Matki? Spotkanie rozpoczęło się o 9:00 w Sali Papieskiej, gdzie zapoznaliśmy się z wieloma istotnymi wiadomościami na temat Światowych Dni Młodzieży w Lizbonie oraz wysłuchaliśmy świadectw uczestników poprzednich edycji. Pierwsza część spotkania została zwieńczona krótką modlitwą przy relikwiach jednego z patronów ŚDM-u, błogosławionego Carla Acutisa. Następnie odbyła się Msza święta w kaplicy Cudownego obrazu.
Druga część spotkania odbyła się w gmachu Wyższego Seminarium Duchowego, gdzie najpierw zjedliśmy obiad, a następnie byliśmy przesłuchiwani przez członków komisji rekrutacyjnej. Mogliśmy trafić albo na głównego dyrektora KBO, albo na koordynatorkę wolontariatu - Viki, albo na specjalistkę od socjal mediów, co ciekawe, mieszkającą w tej samej miejscowości, co ja. Osobiście trafiłam do samego dyrektora. Był stres, nawet niemały, jednak serdeczna atmosfera jaka zapanowała, szybko go zredukowały. Pytania raczej ogólne, o motywacje, o poprzednie edycje, o znajomość języków obcych (zgodnie z prawdą powiedziałam, że chyba lepiej znam niemiecki od angielskiego), o samodzielność, ograniczenia... Chociaż jedno mnie zaskoczyło: czy nie mam pretensji do Boga o to, że jestem niepełnosprawna. Nie, nie jestem. I chyba nawet nigdy nie byłam. No bo dlaczego mam mieć. Stało się, trudno. Zamiast obwiniać wszystkich dookoła wolę po prostu dziękować za każdy dzień. Nie wiadomo przecież, ile ich jeszcze zostało. 
Ogólne spotkanie
Raczej pełna dobrych myśli wyszłam ze spotkania i pociągiem wróciłam do domu. Teraz przyszło tylko czekać na wynik rekrutacji. Oczywiście miałam świadomość, że ksiądz mógł uznać, że jednak nie nadaję się do tej roli i nie wystawić mi pozytywnej opinii. A jednak, tuż przed świętami Bożego Narodzenia dostałam meila, który oznajmiał, że KBO z wielką przyjemnością wystawi mi rekomendację do pełnienia roli wolontariusza. Piękniejszego prezentu świątecznego nie mogłam sobie wymarzyć. Z drugiej strony w mojej głowie pojawiły się wątpliwości, czy na pewno jestem godna bycia wolontariuszem na tak wspaniałej i niezwykłej imprezie, jaką jest ŚDM. I tu w "obroty" wzięły mnie osoby, które jako jedne z nielicznych wiedziały o całej akcji. Zaczęły na mnie nalegać, że powinnam spróbować, mimo wszystko.
W styczniu 2023 roku otwarto rejestracje kandydatów w systemie lizbońskim. Było to dla mnie wyzwanie, ponieważ całość trzeba było wypełnić w jednym z pięciu oficjalnych języków spotkania. Wybrałam angielski (i taki też zadeklarowałam w ogóle do komunikacji), nie było ani niemieckiego, ani tym bardziej polskiego. A spośród tych, które były do wyboru, znam jako tako tylko angielski (coś tam powiem po hiszpańsku, czy włosku, ale to naprawdę pojedyncze wyrazy, czy też zwroty). Dodatkowo jako osoba niepełnosprawna musiałam wypełnić jeszcze jeden formularz, w którym opisałam swoje ograniczenia, ale i zasoby. Jak zwykle, o ile z ograniczeniami nie miałam problemu, o tyle z zasobami, już tak. Po wysłaniu obydwóch formularzy przyszło mi jeszcze trochę poczekać na rozmowę on-line, z kimś od lizbońskiego komitetu organizacyjnego. Równolegle robiłam sobie ćwiczenia z języka angielskiego, aby poznać i utrwalić jak najwięcej słówek. Z drugiej strony, ksiądz który będzie błogosławionym oraz nasz parafialny Wikary też często wymuszali ode mnie, abym mówiła po angielsku. Pierwszy robił to bez wiedzy, że mam zamiar jechać na ŚDM jako wolontariusz, drugi już tą wiedzę posiadał.
Ta odbyła się w połowie marca. Akurat zrobiłam sobie jeszcze jeden dzień wolnego od uczelni po moim półtoratygodniowej nieobecności na niej z powodu "albo grypy, albo koronawirusa". Plus był taki, że miałam już nowy laptop ze sprawną kamerką i mikrofonem. Minus? Jeszcze byłam na tyle skołowana po chorobie, że nie potrafiłam się skupić na tym, co mówi rekruterka (z wrażenia nie zrobiłam nawet scrinu ekranu podczas rozmowy). W dodatku znowu zwątpiłam w to, że umiem się wysłowić w tym języku. Poprosiłam o rozmowę w wersji pisanej. Raz odpadał stres, że mnie nie zrozumie, dwa, zawsze można było na szybko sprawdzić wyrazy, których znaczenia się nie rozumie. Sama rozmowa była dla mnie dziwna. Babka za wszelką cenę próbowała mnie zniechęcić do wolontariatu rzucając argumentami, że sobie nie poradzę w nieznanym mi mieście. Zupełnie zmieniła jednak zdanie, kiedy jej napisałam coś w rodzaju, że myślę, że każda pomoc jest przydatna, nawet jeżeli polega tylko na podaniu drugiej osobie butelki z wodą. W odpowiedzi przeczytałam, że ona od początku była pewna, że powinnam być wolontariuszem... Nie ma to, jak przejść ze skrajności w skrajność.
Niczego nie mogłam być jednak pewna, dopóki nie dostałam oficjalnej odpowiedzi od Komitetu Organizacyjnego ŚDM Lizbona. A ta nie nadchodziła, chociaż mijały kolejne dni, a wraz z nimi - tygodnie. Szczerze powiedziawszy to zwątpiłam już w to, że udało mi się zakwalifikować, zwłaszcza że co chwilę widziałam na fejsbukowej grupie wolontariatu, że ktoś się zakwalifikował i zaczęłam rozglądać się za grupami, w których były jeszcze miejsca na wyjazd. Już nawet znalazłam jedną w Kato, kiedy dostałam meil informujący mnie, że moja kandydatura została pozytywnie rozpatrzona. Przez pewien czas nie do końca to do mnie docierało, bo i problemy osobiste kłębiły się na każdym kroku, i nauki było coraz więcej. Nawet się tym zbytnio nie chwaliłam. Czy ktoś by na to zwrócił uwagę? Jeszcze by mi zarzucono, że się chwalę i brak mi skromności. Tutaj pojawił się problem z opłatą pakietu pielgrzyma (którą wolontariusze musieli dokonać osobiście), głównie przez niezbyt jasną instrukcje i brak możliwości dokonania wpłaty po prostu na numer konta (taka opcja na pewno była podczas ŚDMu w Krakowie). Postanowiłam się o to dopytać podczas krajowego posłania na ŚDM, które miało miejsce w sobotę, 17 czerwca (wtedy przy okazji zwiedziłam Jasną Górę, o czym Wam pisałam >>tutaj<<).
Spotkanie odbyło się w Bastionie św. Barbary. Trochę mnie zdziwiła niska frekwencja młodych wyjeżdżających na spotkanie. Szczerze powiedziawszy to myślałam, że będzie ich znacznie więcej. Podczas spotkania padły ostatnie informacje na temat wyjazdu i samego programu wydarzenia. Co prawda to drugie można było już znaleźć na internecie, jednak na Jasnej Górze można było zadawać Komitetowi pytania, na które z reguły padały satysfakcjonujące wszystkich odpowiedzi.
Na koniec odbyło się szybkie spotkanie z nami, wolontariuszami, na których dostaliśmy ostatnie merytoryczne wskazówki, a także informacje, gdzie możemy szukać pomocy w razie potrzeby (głównie w siedzibie Polskiej Lizbony na Stadionie 1-go Maja). Ogólnie z ok. 500 wolontariuszy z Polski była nas zaledwie garstka.
Po spotkaniu mieliśmy Mszę świętą. Jednak zanim udaliśmy się na nią, poszliśmy z Tau nagrać teledysk promujący wyjazd Polaków do Lizbony. Jego efekt mogliście zobaczyć w >>tym<< wpisie.
Od razu odpowiadam - nie dowiedziałam się jak zrobić wpłatę, nie posiadając karty kredytowej i bez nadziei na otrzymanie jej. A czas mijał, bo mieliśmy czas na opłacenie pakietu do końca czerwca. W końcu zdesperowana napisałam SMSa do Viki i wiadomość na grupie na studiach, czy ktoś mógłby mi pożyczyć kartę kredytową, na którą wpłaciłoby się fizyczne pieniądze, a następnie przelało. Bardzo szybko odpisała mi jedna z koleżanek, że jeżeli mam te pieniądze, to nie ma sprawy, a chwilę potem Viki uświadomiła mi, że z kart debetowych też można robić przelewy. Za pakiet wolontariusza zapłaciłam dosłownie w ostatniej chwili - plusem systemu było to, że operacja niemal natychmiast została zaksięgowana. Było to jakby ostatecznym potwierdzeniem naszej chęci wzięcia udziału w wydarzeniu.
Przełom czerwca i lipca to dosyć intensywny czas, wszak wypada wtedy sesja egzaminacyjna na studiach i człowiek myśli o nauce i notatkach w zdwojony sposób. A jednak musiałam znaleźć czas na zrobienie szkoleń on-line przygotowujących mnie do posługi wolontariackiej. Pisałam o tym >>tutaj<<. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że zaliczyłam i te szkolenia, i sesję, i jeszcze na dodatek obroniłam się w pierwszym terminie. Tym bardziej, że ksiądz niosący światło rozpoczął wtedy i trochę intensywniejsze leczenie, i miał ponadplanową operację, a więc trzeba go było w miarę możliwości wspierać, co też wpływało na mój budżet czasowy. W pewnym momencie chciałam nawet zrezygnować z wyjazdu ze względu na księdza, żeby z nim po prostu być, ale jak się o tym przez przypadek dowiedział (i to nie ode mnie), to za wszelką cenę starał się mi to wybić z głowy. Jak widać, udało mu się.
Dużo emocji wzbudziło we mnie otrzymanie polskiego pakietu pielgrzyma (mimo że byliśmy wolontariuszami, jechaliśmy tam jako pielgrzymi). Tuż po zakończonym spotkaniu poświęconemu konferencji "Między katedrą, a katedrą" zapukał do moich drzwi listonosz, wręczając mi niepozorną paczkę skrywającą niezwykłą zawartość: koszulkę, kapelusz, flagę narodową, przewodnik z najważniejszymi informacjami na temat ŚDMu, apteczkę pierwszej pomocy, okulary w etui, krem do opalania oraz dowód ubezpieczenia.
Ucieszyłam się bardzo z przesyłki, chociaż jeszcze nie wiedziałam, jakie zadania zostaną mi powierzone. Swój przydział dostałam mniej więcej tydzień przed terminem, w którym miałam się wstawić w Lizbonie. Z meila dowiedziałam się, że będę wspomaganiem podczas Wydarzeń Centralnych, a także będę wydawać w sobotnie przedpołudnie (5 sierpnia) pakiety żywnościowe. Zostały w nim też podane godziny szkoleń, a także Mszy inauguracyjnej dla wolontariuszy, czy też tzw. Gestu Misyjnego. Ostatecznie mój grafik pracy prezentował się mniej więcej tak:
Oczywiście były w nim pewne zmiany, zwłaszcza w godzinach, ale przynajmniej miałam jakiś ogląd sytuacji.
Ostatnim punktem do wykonania był zakup biletów lotniczych w obie strony. To był mój debiut w każdym calu, bo dotąd zawsze ktoś mi je kupował. Teraz byłam zdana tylko na siebie. Ale i temu podołałam, chociaż nie obyło się bez przygód. Za to nauczyłam się robić przelewy z karty debetowej za internetowy zakup usługi. Przyglądając się procesowi cyfryzacji podejrzewam, że ta umiejętność może mi się przydać. Byłam też w szoku, że jeszcze kilka dni przed wylotem były miejsca w bezpośrednich samolotach do Lizbony, chociaż ceny zwalały z nóg, bo obstawiałam, że będzie z tym problem. Na szczęście wszystko się udało, a mi kolejny kamień spadł z serca. Chociaż nie do końca, bo pierwszy raz leciałam na bilecie elektronicznym. Do Lizbony jeszcze udało mi się go wydrukować, ale do Polski miałam go tylko na meilu, co wzbudziło we mnie pewne obawy. Jak się okazało - bezpodstawne.
Do stolicy Portugalii poleciałam w niedzielę, 23 lipca. Jeszcze dzień wcześniej zdążyłam iść na pogrzeb dziadka znajomej ryzykując tym samym, że czegoś nie spakuję. No ale jakoś tak nie wypadało nie być, zwłaszcza że dosyć dobrze go znałam. Lot był jakimiś portugalskimi liniami lotniczymi z Warszawy Okęcia. Dotarłam tam pociągiem. Z konwersacji na messengerze wiedziałam, że z wolontariuszy leci nas większa grupa. Wystarczyło się tylko odnaleźć, co poszło dosyć szybko. Nawet to i dobrze, bo w grupie siła. Lot trwał trzy godziny, a towarzyszyły mu takie widoki, jak na zdjęciu obok. Automatycznie przyszedł mi na myśl wiersz Juliana Tuwima "W aeroplanie", a zwłaszcza fragment mówiący jak z góry widać niektóre rzeczy. Z tym, że z naszej perspektywy trudno nam by było dostrzec już ludzi i krowy.
Na miejscu odebraliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy szukać uniwersytetu, w którym mieliśmy odebrać pakiet wolontariusza. Dla większości z nas miasto było nowe i nieznane, znalazła się jednak też osoba była w nim na Erasmusie i niejako orientuje się w jego realiach. Zresztą kilka osób zdążyło sprawdzić na Internecie, jak tam dojechać. 
Aż tylu nas przyleciało tym jednym lotem
Na kampusie najpierw na podstawie posiadanego vouchera odebraliśmy nasze imienne identyfikatory, poświadczające nie tylko naszą tożsamość, ale i to, że jesteśmy wolontariuszami. Różniły się one kolorem od identyfikatorów tych, którzy przyjechali na ŚDM jako pielgrzymi (chociaż, jak napisałam wcześniej, my też nimi byliśmy). Ogólnie było trochę śmiesznie z nazwiskami typu słynny Brzęczyszczykiewicz z "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", ponieważ biedni Portugalczycy nie mogli ich odczytać. W takich chwilach cieszyłam się, że moje jest w miarę łatwe, a dodatkowo w formularzu wpisałam "l" zamiast "ł", więc nie mieli żadnych problemów. Ten identyfikator, dzięki kodowi QR, był jednocześnie naszym talonem na obiad i kolację, które mogliśmy codziennie zrealizować w lokalach gastronomicznych oznaczonych logiem ŚDM. Potem poszliśmy odebrać plecak wolontariusza, na który składał się wspomniany plecak w kolorze żółtym, cztery żółte bawełniane (!) t-shirty z napisem "volotario" (tutaj ukłony za tą bawełnę, a nie poliester, jak w Krakowie), zielony kapelusz, bidon na wodę, różaniec oraz dwa tygodniowe bilety na komunikację miejską.
W uniformie
Po odebraniu pakietu poszliśmy coś zjeść, a następnie ruszyliśmy na poszukiwanie Centrum Pastoralnego, w którym zakwaterowano prawie wszystkie polskie wolontariuszki. Było już późno (ok. godz. 23, a tam jest godzina do tyłu), zmęczenie dawało już się we znaki, o czym niech świadczy moja rozmowa z osobami siedzącymi na prowizorycznej recepcji, które miały nas zakwaterować.
 - What's your name? (ang. Jak się nazywasz?)
 - Ich bin Karolina P. (niem. Jestem Karolina P.)
W zasadzie odpowiedziałam na pytanie, a że w innym języku, szczegół. 
Kiedy w końcu załatwiliśmy wszystkie formalności, zaprowadzono mnie do pomieszczenia, które było kaplicą (tak mi się wydaje), a na bieżące potrzeby zostało przerobione na sypialnię dla ponad 150 osób. Każda "miejscówka" została oznaczona krzesłem, na którym można było położyć niektóre swoje rzeczy. Przed krzesłem było miejsce na materac lub karimatę, a obok, na bagaże. Warunki były wręcz spartańskie. Pozostałe wolontariuszki (też ok 150) zostały umieszczone w czymś na wzór salek katechetycznych. Warunki sanitarne też były ciężkie, przez cały mój pobyt może z dwa razy była ciepła woda w prysznicach, do których ustawiały się kolejki. No, ale nikt nie obiecywał luksusowych warunków.
Pierwsze szkolenie, jak  możecie wyczytać z harmonogramu, miało się odbyć w poniedziałkowe popołudnie. I w sumie się odbyło, ale w języku portugalskim. A więc organizatorzy stwierdzili, że skoro ktoś nie zna tego języka, to nie musi na nie przychodzić. Samo szkolenie w języku angielskim miało się odbyć w innym terminie. Ale się nie odbyło... No trudno. Za to kolejne miało miejsce w następnym dniu w jednym z lizbońskich uniwersytetów (innym, niż byliśmy w pierwszym dniu). Przez te dwa pierwsze dni już zawiązały się nasze pierwsze znajomości, toteż na szkolenie wybraliśmy się większą grupą. Jak to dobrze, że tak wiele osób spośród kilku dostępnych terminów szkoleń, wybrało właśnie to. Nawet pomogli mi potwierdzić swoją obecność użyczając swojego smartfonu. Szkolenie jak szkolenie, w zasadzie było to vademecum informacji, które były zawarte w treningach on-line. Dla mnie największą atrakcją było zobaczenie na żywo Antonia, który prowadził te treningi. Szkolenie stacjonarne było po angielsku i sama byłam zaskoczona, że tak dużo rozumiem.
Szkolenie w auli uczelni
Nazajutrz po południu w jednym z podmiejskich parków odbyła się Msza święta na rozpoczęcie posługi wolontariackiej. Zahaczyliśmy o nią, wracając z malowniczego i urzekającego Cascais. Właściwie taki mieliśmy plan - najpierw Cascais, a potem Msza Święta. Z powodu pewnych opóźnień w przejazdach pociągu zdążyliśmy na nią w ostatniej chwili. Mimo wszystko udało nam się znaleźć zacienione miejsce, co było dosyć istotne przy panujących upałach. Mszy przewodniczył lizboński kardynał Manuel Clemente i to on wygłosił kazanie. Co prawda było ono w języku portugalskim, jednak jedna z nas trochę zna portugalski i próbowała nam coś przetłumaczyć. Puenta, jaką można z niego wynieść jest taka, że Bóg chciał, aby to spotkanie się odbyło oraz że żaden z wolontariuszy nie znalazł się tutaj przez przypadek.
Jeden z 32 tysięcy wolontariuszy
W czwartek miał się odbyć zainicjowany przez papieża tzw. "gest misyjny". Polegał on na tym, że wolontariusze mieli iść np. do schronisk dla bezdomnych, domów spokojnej starości i samotnej matki, DPSów itp., do tych wszystkich, którzy nie mogą z różnych przyczyn wziąć udziału w spotkaniu z papieżem. Najpierw mieliśmy z nimi rozmawiać, a na koniec tego spotkania zebrać opaski z ich imionami i zabrać je na Wydarzenia Centralne, aby w ten symboliczny sposób mogli być razem z nami. Ale nie dogadałam się z teamliderem, który nie odpisywał mi na meile, więc nie wzięłam w tym udziału.
Prawdziwa posługa wolontariusza rozpoczęła się w drugim tygodniu pobytu, kiedy miały miejsce wspomniane Wydarzenia Centralne. Łączyłam je z katechezami, a przede wszystkim pomaganiem w Polskiej Lizbonie (głównie na wieczornych wydarzeniach), gdzie byłam niemal codziennie. Za moje zaangażowanie chciano mnie nagrodzić wejściówką do strefy VIP, sektora najbliżej ołtarza m.in. dla głów państw, podczas Mszy Posłania. Perspektywa kusząca, ale ja tego dnia miałam dyżur na sektorach i musiałam zrezygnować. No trudno, najpierw obowiązki, a potem przyjemności - moja odwieczna zasada, której staram się trzymać. Co robiłam na Polskiej Lizbonie? Tłumaczenia tekstu, noszenie sprzętu, informowanie ludzi - praca zawsze się znalazła.
Wolontariat na Wydarzeniach Centralnych właściwie niewiele się różnił. Zaczął się we wtorkowe popołudnie, kiedy odbyła się Msza święta otwarcia w parku Edwarda VII. To wtedy poznałam resztę mojego międzynarodowego teamu, w którym oprócz Polaków znaleźli się Francuzi, Kolumbijki, a nawet Nigeryjczyk. Każdy z nas dostał fragment jakiegoś sektora, którego miał pilnować. Ja zostałam przydzielona do jednej z alejek prowadzących do parku. Akurat znajdował się na niej telebim, na którym wszystko widziałam. Podobnie było w czwartek podczas Ceremonii Powitania Ojca Świętego oraz w niedzielę podczas Mszy Posłania (z tym, że wtedy byłam już w sektorach). Pierwotnie mieliśmy jeszcze pomagać w piątek podczas Drogi Krzyżowej, jednak odesłali nas wtedy na obrzeża Lizbony do pilnowania wystawy. Czy czegoś się obawiałam podczas pełnienia służby? Chyba najbardziej tego, że będę musiała wezwać karetkę pogotowia, a dyspozytor nie będzie nawet próbował mnie zrozumieć.
We wtorek
W czwartek
Trochę inne zadanie mieliśmy w sobotnie przedpołudnie, kiedy wydawaliśmy pielgrzymom przysługujące im pakiety żywnościowe. Ich zawartość prezentowała się mniej więcej tak:
Do tego dochodziła jeszcze 1,5 litrowa woda
Każdy pielgrzym musiał mieć zeskanowany swój kod QR, na podstawie której wydawano im jedną torbę z żywieniem. Ogólny podział był taki, że jedna osoba skanowała kody, dwie wydawały pakiety, jedna wkładała wodę do nich (to byłam ja), a reszta przenosiła skrzynie z pakietami z tirów na ziemię. Teoretycznie powinniśmy być na stanowisku do 14:00, jednak nieco szybciej wydaliśmy wszystkie paczki, a przez to automatycznie mogliśmy się wcześniej zebrać ze stanowiska.
Pracy było przez te dni sporo, a największą nagrodą było wspomniane na początku wpisu spotkanie z papieżem. Niesamowite to było uczucie stać w tym całym tłumie ludzi, którym przez kilka dni byłam równa. Bo tak naprawdę nikt mi nie dał odczuć, że się różnię od nich, chociaż to już widać na pierwszy rzut oka. Raczej byłam niczym niewielka część układanki, bez której co prawda całość by i tak wyszła, ale czegoś by w niej brakowało. Jeden atom spośród kilkudziesięciu tysięcy, tworzący zgraną całość. 
Jedzie!
Niestety udało mi się go uchwycić tylko z tyłu. Ale znowu przejechał bardzo blisko mnie
I tak się skończyła ta przygoda
Poczułam też wdzięczność. Najpierw do Boga, że tak pokierował tym moim skomplikowanym życiem, że znalazłam się tu, gdzie się znalazłam. A potem do ludzi. Do każdego, który we mnie uwierzył, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że niekiedy wymagało to wyjścia poza standardowe ramy myślenia. Ale też do tych, którzy w jakimś stopniu wspierali mnie w tym przedsięwzięciu. Niewiele osób o nim wiedziało, a wiedzieli tylko zaufani. I kolejny raz zdali ten test z zaufania celująco. Może nie byli bez przerwy, bo to też nie o to chodzi, ale byli w najważniejszych i najistotniejszych momentach całego procesu. To im dedykuję ten piękny zachód słońca podczas sobotniego czuwania z papieżem.

21 komentarzy:

  1. Gratulacje , że wzięłaś udział w takim znaczącym wydarzeniu. Na pewno masz niezapomniane wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie ♥️♥️♥️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, też jestem uszczęśliwiona tym, że mogłam tam być i wszystko widzieć na żywo. To zupełnie inny odbiór niż za pośrednictwem telewizora, czy internetu. Pozdrawiam

      Usuń
  2. jak zawsze gratuluję!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkie trudy zostały wynagrodzone, zasłużyłaś w pełni.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś nie czuję, że na to wszystko zasłużyłam... Co nie oznacza, że się z tego nie cieszę. Pozdrawiam

      Usuń
  4. Gratulacje! Było kilka trudności, ale wszystko się ułożyło pomyślnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawą przygodę miałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję uzyskania posługi wolontariackiej i wielu ciekawych wrażeń.
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, super, super!!!
    Kolejny raz udowadniasz, że możesz przenosić góry. Nie miałam pojęcia, że praca wolontariusza na ŚDM jest aż tak wymagająca - tym bardziej chylę czoła.
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Karolinko, gratuluję! Nigdy nie trać wiary w siebie, bo jesteś naprawdę niezwykłym człowiekiem.
    Uściski.

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratulacje. Wyobrażam sobie, jaka musiałaś być szczęśliwa. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wielkie gratulacje. Jesteś Wielka. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze jestem pod wrażeniem Twojego zaangażowania w wolontariat :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Podziwiam logistykę takiego przedsięwzięcia!
    A twoja radość bezcenna!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam serdecznie ♡
    To niesamowita przygoda, by taką przeżyć trzeba mieć charyzmę i wielkiego ducha :) Jesteś niesamowita, moje gratulacje!
    Pozdrawiam cieplutko ♡

    OdpowiedzUsuń
  14. No i patrz Karolino, toż Tyś jest wzorem do naśladowania. 'Niepełnosprawność' przypadła Tobie, a Ty nie popadasz w nicość, nie gniewasz się, Ty inspirujesz, uczysz. Moim zdaniem jesteś zjawiskowa!!!!!!!! Przecież Ty tak pomagasz w byciu lepszym człowiekiem, w widzeniu dobro, w cenieniu to, co się posiada. Popatrz, jak Ty żyjesz. Nie jeden, co to ma pełne zdrowie, kasy pod sufit, rodzinę itp...nie jeden nie potrafi cenić, nie potrafi żyć, Ty potrafisz. Pokazujesz Bozi swoją wdzięczność za życie. Mimo lęku idziesz, strasz się, przeżywasz przygody...ty zyjesz pełną parą. No i tak, wśród tego będą też smutki, bo tak jest w życiu, ale akurat Ty sobie z tym poradzisz, nawet jeśli będziesz myślała inaczej. Mówię Ci, poradzisz sobie. Musieli Cię wybrać, nie było innej opcji, jesteś niesamowita!
    Nie wiedziałam, że tyle trzeba przejść, by być wolontariuszem...szacunek! Niesamowitą przygodę przeżyłaś, widziałaś cudnego papieża...kobieto, żyjesz na medal. Głupcy tylko Cię nie docenią. Miło mi widzieć Twój uśmiech. Jeszcze chcę pogratulować zdania egzaminów, zaliczenia za przy pierwszym podejściu. Dobrze, że jesteś, inspirujesz! <3

    OdpowiedzUsuń
  15. "... którym przez kilka dni , byłam równa. " Kobieto, co Ty piszesz!!! Gdy czytam o Twoim podejściu do życia, o zaangażowaniu, o Twojej kreatywności , pracowitości, to inni godni są co najwyżej podawać Ci wodę do picia i ...brać przykład.

    OdpowiedzUsuń
  16. Witaj Karolinko początkiem meteorologicznej jesieni
    Zawsze zadziwiasz mnie pozytywnie.
    I pomyśleć, że właśnie powinnam zacząć urlop i wyjechać, ale... Dziękuję za tą wycieczkę, chociaż zatęskniłam za wyjazdem.
    Chyba trochę pogubiłam się w Twoich postach. Albo one znikają, albo moje komentarze:))))
    Pozdrawiam nadzieją na ciepły jeszcze uśmiech lata

    OdpowiedzUsuń
  17. Droga Karolinko!
    Jak zawsze kibicuję i gratuluję z całego serca. Czytając Twoją relację łezka popłynęła z mojego oka.
    Całuję i serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  18. Gratuluję, to trudny, choć piękny wolontariat... Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń